Zobacz
Do góry

Ferrari chce przerwać dominację Mercedesa

Powrót Roberta Kubicy jest jednym z najważniejszych wydarzeń rozpoczynającego się w niedzielę w Australii sezonu.

Kubica po raz ostatni wystąpił w wyścigu Grand Prix w 2010 roku. Był wówczas uważany za wschodzącą gwiazdę F1, miał nawet zostać kierowcą najbardziej utytułowanego teamu w historii – Ferrari. Wypadek podczas rajdu we Włoszech w lutym 2011 przerwał dynamicznie rozwijającą się karierę 26-letniego wówczas Polaka.

Długo wydawało się, że z powodu odniesionych obrażeń Kubica już nigdy nie wróci do rywalizacji w Formule 1. Polak nie krył jednak, że choć było to mało prawdopodobne, pozostawało to jego marzeniem. I dopiął swego – w styczniu 2018 roku ogłoszono, że został testowym kierowcą Williamsa, a w listopadzie zyskał już status kierowcy wyścigowego brytyjskiego teamu. Jednym ze sponsorów zespołu będzie w tym sezonie PKN Orlen.

– Cieszę się, że ludzie wiążą moje nazwisko z wysoką jakością i z typem kierowcy, który spełnia oczekiwania. W 2010 roku robiłem to, co do mnie należało, przez cały sezon. Mam nadzieję, że odzyskam to poczucie. Będę potrzebował trochę czasu, pracy i poświęcenia, ale nie boję się tego. Moim celem jest dojście do maksymalnego poziomu, jaki mogę osiągnąć – powiedział Kubica, cytowany na oficjalnej stronie internetowej Formuły 1.

Polak nie odzyskał pełni sprawności w prawej ręce, dlatego w jego bolidzie trzeba było dokonać pewnych modyfikacji. Jak sam zdradził, chodziło jedynie o niewielkie zmiany, np. przesunięcie przycisków. – Panuje przekonanie, że jeśli cokolwiek wydarzy się na torze, to na pewno będzie wynikać z moich ograniczeń. To nie jest dobre podejście. Mogę wypaść z trasy, ale czasem trzeba to zrobić, żeby wiedzieć, na jak wiele można sobie pozwolić. A ja będę naciskał. Nie chowam się za swoimi ograniczeniami, nie ma taryfy ulgowej. Jeśli to wystarczy na Formułę 1 w przyszłości, będę szczęśliwy. Jeśli nie – cóż, próbowałem. To wielkie wyzwanie, ale nie największe, z jakim musiałem się zmierzyć w ostatnich ośmiu latach – podkreślił Kubica.

Forma Polaka jest niewiadomą, ale głównym zmartwieniem Williamsa jest przygotowanie bolidu. W minionym sezonie brytyjski team zajął ostatnie miejsce w klasyfikacji konstruktorów, a w lutym ponownie się nie popisał, dostarczając samochód na testy pod Barceloną z dwudniowym opóźnieniem. Kubica i jego partner z drużyny George Russell osiągali zwykle najgorsze czasy z całej stawki. Dyrektor techniczny Paddy Lowe przekonywał jednak, że Williams zrobił duży postęp i bolid będzie znacznie lepszy niż ten z poprzedniego sezonu. – Jest łatwiejszy w prowadzeniu, można z nim pracować, można kontrolować zużycie opon, balans i tempo. Tego nie dało się powiedzieć o ubiegłorocznym aucie – przyznał.

Formuła 1. Vettel najszybszy, Kubica nie jeździł

Deklaracja brzmi jednak mało przekonująco, biorąc pod uwagę to, co stało się później – na 10 dni przed pierwszym wyścigiem w Australii Lowe wziął urlop – oficjalnie z przyczyn osobistych, choć wtajemniczeni twierdzą, że po prostu został zwolniony. Wszystko wskazuje na to, że przynajmniej w pierwszych kilku wyścigach kibice Kubicy będą musieli pogodzić się z tym, że ich idol będzie się plasował w końcówce 20-osobowej stawki.

Uwaga może wówczas skupić się na broniącym tytułu Brytyjczyku Lewisie Hamiltonie (Mercedes GP) oraz jego najpoważniejszym rywalu Niemcu Sebastianie Vettelu (Ferrari). W 2018 roku toczyli dość wyrównany pojedynek, choć seria niepowodzeń (awarii i wypadków) włoskiego teamu znacznie ułatwiła zadanie Hamiltonowi, który sięgnął po piąty tytuł w karierze.

Na testach pod Barceloną Vettel uzyskał najlepszy czas, licząc wszystkie sesje, ale wynik Brytyjczyka był zaledwie o 0,003 sek. gorszy. Sprawdzian w Katalonii nie pomógł zatem określić, który z nich bardziej zasługuje na miano faworyta. Komentowano jedynie, że Ferrari wygląda na solidniejsze i mniej awaryjne niż w poprzednim sezonie. – Wygląda na to, że czeka nas jeszcze większe wyzwanie, ale to nas nie przeraża. Przed nami trudna wspinaczka, ale już dobrze wiemy, jak to się robi – uspokajał Hamilton.

Vettel jest kierowcą Ferrari od czterech sezonów i ani razu nie zdobył w tym czasie tytułu. Wszystkie cztery wywalczył jeszcze w barwach Red Bulla. – Jest tylko jeden zwycięzca. Ten, który zajmuje drugie miejsce, jest pierwszym statystą. To nie zawsze jest sprawiedliwe, ale Formuła 1 to nie impreza urodzinowa dla dzieci… Ogólnie rzecz biorąc nastawienie jest pozytywne – powiedział Niemiec.

W rywalizacji konstruktorów tytułu bronić będzie Mercedes GP, najlepszy w ostatnich pięciu sezonach.

 

Na zdjęciu: W poprzednim sezonie o tytuł walczyło przede wszystkim tych dwóch dżentelmenów – Lewis Hamilton i Sebastian Vettel. Czy teraz będzie podobnie?

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

Komentarze

Więcej w Inne