Wojownik trenera Nawałki

Jesień 2006. 19-letni Mikołaj Kałuda jest zawodnikiem Zdroju Ciechocinek, lewy obrońca lub pomocnik. Od trzech lat jest w krajowej czołówce, jeździ na konsultacje kolejnych reprezentacji młodzieżowych, ale wciąż gra tylko w III lidze. Pewnego dnia odbiera telefon. Dzwoniący przedstawia się jako Adam Nawałka i pyta, czy chce grać w Wiśle Kraków. W Wiśle, która w tym czasie miała lekką zadyszkę, ale wciąż stanowiła największą siłę w ekstraklasie.

Mikołaj KAŁUDA: – Byłem pewien, że ktoś robi sobie ze mnie jaja. „Dobra dajcie już spokój, już się pośmialiśmy” – mówiłem do słuchawki. Dopiero po dłuższej chwili rozmowy pomyślałem, że to może być prawda. Nawałka pełnił wtedy w Wiśle rolę dyrektora sportowego i wypatrzył mnie podczas konsultacji kadry U-20. Po testach podpisałem w Krakowie pięcioletni kontrakt.

W Wiśle rozegrał pan jednak tylko jedno spotkanie.

Mikołaj KAŁUDA: – Zaraz po tym jak podpisałem kontrakt, Nawałka objął stanowisko trenera. Podczas zimowych sparingów rozegrałem chyba najwięcej minut. Nie grałem złej piłki, do dziś mam nagrania z tych meczów. W drugim wiosennym meczu zagrałem w Pucharze Ligi przeciwko Górnikowi Zabrze. W 47. minucie rywal uderzył mnie kolanem w mięsień dwugłowy. Ból był straszny, ale dograłem do końca. W szatni idę do masera: „Weź zobacz, bo coś jest nie tak”. On patrzy i robi wielkie oczy: „Kiedy to ci się stało?! Przecież ty masz zerwany mięsień! Jak ty w ogóle chodzisz?”. Mięsień się oderwał i zwinął.

Kiepski debiut.

Mikołaj KAŁUDA: – Wtedy tak naprawdę moja przygoda z Wisłą się skończyła. Nawałka został wkrótce zwolniony, a gdy wróciłem po kontuzji trenerem był już Maciej Skorża. Wziął mnie na rozmowę i pyta: „Kim ty jesteś, bo nie kojarzę?”. No to mówię, a że grałem sobie wcześniej w Łodzi i Ciechocinku, a do klubu ściągnął mnie Nawałka.

Jednak patrząc na dalszy przebieg pana piłkarskiej przygody, w Wiśle się nie pomylili.

Mikołaj KAŁUDA: – Ale z piłki zrezygnowałem sam, świadomie. Poczułem się oszukany.

Na czym to oszustwo polegało?

Mikołaj KAŁUDA: – Przed kolejnym sezonem Skorża wziął mnie na zgrupowanie. W Austrii rozegraliśmy mnóstwo sparingów, a ja spędziłem na boisku bodajże raptem 22 minuty. Pojechałem na wycieczkę. Trenowałem z pierwszym zespołem, ale na weekendy odsyłali mnie do Młodej Ekstraklasy. Tam też nie grałem, bo Tomasz Kulawik wolał stawiać na chłopaków, których lepiej znał. Trochę to rozumiałem, ale byłem coraz bardziej wkurzony. W końcu poszedłem do Jacka Bednarza i pytam: „Gdzie ja mam grać?”. Zaproponował wypożyczenie, a ja nie wiedziałem, co robić. W końcu zadzwoniłem po radę do Janusza Matusiaka z SMS Łódź. Powiedział: „Nie zastanawiaj się, rozwiązuj kontrakt i wracaj do nas. Pograsz pół roku, odbudujesz się i damy cię do Widzewa lub Bełchatowa”. Mama, brat – wszyscy odradzali, ale w końcu rozwiązałem, po roku od transferu.

Liczył pan ile stracił pieniędzy?

Mikołaj KAŁUDA: – Wisła zapłaciła mi jeszcze za pół roku, ale generalnie zrezygnowałem z kwoty za którą można kupić małe mieszkanie w Warszawie. Wróciłem do SMS, grałem zupełnie za darmo, na wiosnę strzeliłem kilka goli. Po sezonie idę do Matusiaka i pytam, co dalej, gdzie mam jechać, jakieś testy, a on na to, żebym jeszcze został pół roku. Zaproponował mi tysiąc złotych. Poczułem się oszukany, uznałem, że to dość. Spakowałem walizkę, wróciłem do rodzinnej Zduńskiej Woli, znalazłem pracę, zgłosiłem się do miejscowej Pogoni, a równocześnie rozpocząłem treningi sztuk walki.

A nie próbował pan skontaktować się z Nawałką? To człowiek, który w pana wierzył.

Mikołaj KAŁUDA: – Cały czas byliśmy w kontakcie, wysyłaliśmy sobie życzenia świąteczne. W Wiśle trochę się ze mnie śmiali, że to taki mój tata. Zresztą dzięki niemu do dziś mam mieszkanie w Krakowie. Rozmawiałem z Patrykiem Małeckim czy Kubą Błaszczykowskim i zwierzałem się z pomysłu kupna samochodu. Nie wiedziałem, co robić z zarobionymi pieniędzmi. Usłyszał to przechodzący Nawałka: „Słucham?” – zapytał w swoim stylu. I dodał, że jeśli chcę wydać pieniądze, to powinienem kupić mieszkanie. Dwa dni później zadzwonił i powiedział, że znalazł coś dla mnie – 40 metrowe mieszkanie blisko Rynku. Przyjechałem, zobaczyłem, kupiłem i do dziś je wynajmuję.

***

Po powrocie do domu zaczął trenować sztuki walki, a pewnego dnia na ścianie siłowni zobaczył plakat „MMA w Zduńskiej Woli”. To był impuls. Od zawsze interesował się sportami walki, oglądał wszystkie możliwe pojedynki, a sam pierwszą walkę stoczył w wieku… 7 lat.

Mikołaj KAŁUDA: – Wyszedłem pod blok pojeździć na rowerze. Na ławeczce siedzieli chłopcy o 2-3 lata starsi, jeden z nich kopnął mnie tak, że straciłem równowagę. Spadłem z roweru i rozwaliłem oba kolana. Rozpłakałem się, wziąłem rower i zacząłem wracać do domu. Pod klatką spotkałem Maćka, mojego starszego o 9 lat brata. Powiedział: „Nie bój się, wracaj do niego”. Wróciłem sam, oni mojego brata nawet nie widzieli, ale ja czułem jego wsparcie, dodało mi to sił i odwagi. Zapomniałem o rozbitych kolanach i strasznie pobiłem tego chłopaka.

Brat nauczył się bić i grać w piłkę?

Mikołaj KAŁUDA: – Tak. Też grał, w Pogoni Zduńska Wola, na poziomie IV ligi. Dziś pełni kogoś w rodzaju mojego trenera. Nauczył się tarczować i podczas treningu jest moją kukiełką, to na nim dopracowuję moje ciosy. Mentalnie wciąż jest moim wielkim autorytetem, a podczas każdej walki siedzi w moim narożniku. Obaj jesteśmy pokrzywdzeni przez los – w tym samym roku rozwiedliśmy się ze swoimi żonami i trzymamy się razem.

W młodości w domu pewnie byliście gośćmi?

Mikołaj KAŁUDA: Mama żartowała, że tylko pierze moją onucę, wypełnioną ortalionami. Strasznie przeżywała wszystkie moje kontuzje. W wieku 12 lat złamałem kość piszczelową i strzałkową. To było na kadrze województwa łódzkiego. Mariusz Bochenek zaatakował mnie wyprostowaną nogą. Wjechał strasznie mocno – łamiąc po drodze ochraniacz i dwie kości. W efekcie stopa wisiała tylko na getrze. Nie wiedziałem, co się dzieje. Zaraz karetka, mocny środek przeciwbólowy, szpital. Lekarz oznajmił, że to koniec mojej aktywności fizycznej, wypisuje mi zwolnienie na WF. Uciekłem z gabinetu z płaczem, sport to był cały mój świat. Lekarz twierdził, że kość źle się zrosła i ucisk cały czas będzie szedł w miejsce złamania. Zignorowałem to, zdjąłem gips i dawaj na boisko. Wisła przed transferem porządnie badała mi tę kostkę.

Fot. Marian Zubrzycki/400mm

Ponad pięć lat spędził pan w SMS-ie Łódź, który uchodził wtedy za kuźnię talentów.

Mikołaj KAŁUDA: – Ściągali młodych piłkarzy z całej Polski, a za tym szły wyniki, a kulminacją był rok 2001, gdy reprezentacja U-18 oparta na zawodników SMS-u zdobyła Mistrzostwo Europy. W Łodzi mieszkałem w internacie, tam nauka poszła w las. W szkole mieliśmy treningi rano i popołudniu, lekcji było mało. Szczególnie w klasie A, która reprezentowała szkołę w zawodach.

Najbardziej zwariowana historia z internatu, która pozostała w głowie?

Mikołaj KAŁUDA: – Wykradanie się na imprezy. Kolega załatwił kątówkę i przecięliśmy kraty w oknie, by dało się zejść po tych kratach z trzeciego piętra na ziemię. Potem wracaliśmy w ten sam sposób albo czekaliśmy do 6 rano, gdy otwierano drzwi internatu i wkradaliśmy się z powrotem do środka. Moje imprezowanie to były jednak malutkie epizody. Ja od zawsze lubiłem sport, papierosa nigdy nie miałem w buzi, a alkohol mi nie smakował. Wolę iść na salę potrenować, wtedy też uwalniają się endorfiny i jestem szczęśliwym człowiekiem.

***

W 2013 zaczyna walczyć w amatorskim MMA. Ma na koncie 9 walk i wtedy znów odbiera telefon, który zmienia jego życie. „Chcesz zadebiutować w profesjonalnym MMA?” – słyszy. Oczywiście, że chce. Kiedy? Za dwa tygodnie, więc praktycznie bez czasu na przygotowania. Z kim? Też z debiutantem. Tyle, że rozmówca zapomniał dodać, że ten debiutant (Mateusz Rajewski) ma za sobą lata startów w kick boksie w formule Sanda. 7 lat temu był Mikołaj Kałuda był piłkarzem Wisły Kraków, teraz wchodzi do klatki, gotów na wojnę i rozpoczyna przygodę z profesjonalnym MMA. I od razu walczy o pas.

Mikołaj KAŁUDA: – Gdy brat usłyszał z kim walczę powiedział tylko, że mam nadzieję, że nie będę się bił z nim w „stójce”. Zneutralizowałem atuty Rajewskiego, cały czas leżał. Sędzia powinien wcześniej przerwać tę walkę, Mateusz krzyczał z bólu, wykręcony łokieć wychodził mu drugą stroną. Sędzia jednak nie reagował, ja słabłem, wreszcie rywal się uwolnił, zadał mi kilka ciosów w parterze i wtedy sędzia przerwał walkę. Na pocieszenie pozostał fakt, że nasz pojedynek został uznany za najlepszą walkę gali.

Do tej pory ma pan na koncie cztery walki, ale bilans to remis i trzy przegrane.

Mikołaj KAŁUDA: – To tragedia. Bardzo chciałbym to poprawić. Za siedem tygodni mam kolejną walkę i tym razem chce wygrać bez względu w jaki sposób. Ostatnio stosuję metodę wizualizacji. Wyobrażam sobie tę walkę od samego początku, od wejścia do hali. W myślach już setki razy wygrałem ten pojedynek.

Za poprzednie walki zebrał sporo pochwał.

Mikołaj KAŁUDA: – To były dobre walki i stwierdzam to jako fan MMA. Nie brakowało mi serca czy kondycji, a jedynie szczęścia. Pierwsza walka z Jakubem Piesiewiczem. Powinienem ją wygrać. Cała hala była za Piesiewiczem, krzyczeli, że trzymam się siatki. Raz, drugi. W końcu sędzia odbiera mi punkt. OK, ale za trzymanie siatki nie odbiera się punktu! Taka decyzja w praktyce oznacza przegraną rundę. Potem walczyliśmy raz jeszcze, nie podobało mi się, gdy Piesiewicz powiedział, że skończy moją karierę. Wiedział, że mam problem z kolanem, uderzył mnie w to miejsce, noga odmówiła posłuszeństwa i było po walce.

Treningi w sportach walki są cięższe niż te piłkarskie?

Mikołaj KAŁUDA: – Zdecydowanie. Teraz wznowiłem grę w piłkę, gram w MKS Zduńska Wola. Czuję, że fizycznie jestem nieco lepszy od kolegów z zespołu. Mogę biegać w te i wewte. W piłce są przestoje, w MMA wychodzisz do ringu na 5 minut, potem minuta na złapanie oddechu i znów ogień. W ciągu trzech rund wysiłek jest nieporównywalnie większy do tego w trakcie 90-minutowego meczu. Chyba, że mówimy o Lidze Mistrzów.

Kto z ekstraklasy nadawałby się do MMA?

Mikołaj KAŁUDA: – Michał Pazdan! On chyba trenował w przeszłości zapasy albo judo. Marcin Wasilewski też ma mega charakter.

Adam Nawałka zmienił się przez te lata?

Mikołaj KAŁUDA: – Nie. On po prostu jest dobrym człowiekiem.

Komentarze