Zobacz
Do góry

Bez rozgrzewki. Jak obcy, to mądrzejszy?

Jest wiele przypadków, które kuszą czy wręcz zmuszają do zastanawiania się, czemu zaszczytne owoce rodzimej pracy konsumują w tak dużej mierze cudzoziemcy, a nie nasi rodacy.

Nie sposób było nie ubawić się okolicznościami zatrudnienia nowego trenera kadry polskich piłkarek ręcznych Arne Senstada, zamieszaniem z tym związanym, niemal obrazy strony norweskiej i na samego szkoleniowca, i na Polskę, że dogadują się za plecami o niczym nikogo nie informując.

Źródłem inspiracji do niniejszego wypracowania nie jest jednak sam Senstad, lecz fakt, że wywodzi się on z zagranicy. Po nieudanym epizodzie z Leszkiem Krowickim – notabene też przedstawicielem bardziej cudzej niż rodzimej myśli szkoleniowej – władze polskiej piłki ręcznej najwyraźniej zatęskniły za kimś na miarę Kima Rasmussena, który zanim przeniósł się na Węgry dwukrotnie doprowadził reprezentację naszych dziewcząt do czwartego miejsca na świecie.

Po nim było już tylko gorzej, choć znaczącym uproszczeniem byłoby postawienie tezy, że rozwalił wszystko rzeczony Krowicki. Już raczej z rozmaitych przyczyn – w tym wiekowych – sama kadra się rozwaliła, a on nie zdołał jej odbudować i wzniecić ponownie Rasmussenowego ognia.

Norweg na czele biało-czerwonych

Choć i o rozmiarach kapelusza można byłoby porozmawiać, w różnych zresztą kontekstach. W kategoriach swoistej tajemnicy mieści się na przykład to, co dzieje się w kadrze siatkarzy mężczyzn. Za Raula Lozano zdobyliśmy wicemistrzostwo świata. Za kadencji Stephana Antigi oraz Vitala Heynena dwa tytuły mistrzów świata z rzędu. Za Davida Castellaniego mistrzostwo Europy.

Za Andrei Anastasiego trzecie miejsce na ME. I tylko Ferdinando de Giorgi może mówić o sobie jako przegranym w kontekście pracy z polską kadrą. Ów medalowy wysyp nastąpił w ciągu kilkunastu lat, poczynając od 2006 roku (wtedy to w Japonii sięgnęliśmy po srebro MŚ), i tylko spektakularnego sukcesu na igrzyskach olimpijskich zabrakło.

Do czego zmierzam? Ano do tego, że to polska myśl szkoleniowa mocno pracowała nad tym, by mimo upływu lat i naturalnej w sporcie szybkiej wymiany pokoleniowej, kadra narodowa była zasilana przez wybitne jednostki, zdolne do osiągania najwyższych celów (niejako po drodze również w kategoriach juniorskich i młodzieżowych). Ale też polska myśl szkoleniowa w pewnym momencie ustępowała przed myślą zagraniczną, oddając jej niejako w pacht sukcesy, scenę, światła reflektorów, medale, sławę, a i – co tu dużo mówić – pieniądze. Czyli polska myśl szkoleniowa zdołała wyłowić i wychować kolejne pokolenia świetnych zawodników, ale była już za krótka, by z ich grona tworzyć świetne zespoły reprezentacyjne, takie na miarę podium MŚ i ME?

Czy – nie przymierzając – podobnie nie dzieje się z koszykówką, która jest tematem o tyle aktualnym, że właśnie w Chinach zaczynają się mistrzostwa świata, na których nasza reprezentacja dowodzona przez – a jakże – cudzoziemca, Amerykanina Mike’a Taylora (na zdjęciu) wystąpi po raz pierwszy od 50 lat. Może miał szczęście, bo łatwiej było zakwalifikować się do finałów?

Ale też nietrudno wyłowić z pamięci, że od lat odgrywamy znaczącą rolę w światowych i europejskich rozgrywkach koszykarskiej młodzieży, zdobywając medale w różnych kolorach. Notabene dosłownie przed kilkoma dniami na podium MŚ w swojej kategorii stanęli 15- czy 16-latkowie. To wszystko dowodzi, że i w koszykówce ze szkoleniem katastrofy nie ma, a zaczyna się ona, kiedy trzeba sposobić do występów kadrę dorosłych.

W ten sposób możemy sobie poskakać jeszcze po kilku innych dyscyplinach, nawet indywidualnych – jak… skoki narciarskie dla przykładu, w których wielkie nazwisko dzięki Polsce wypracował sobie Stefan Horngacher.

Te właśnie przypadki kuszą czy wręcz zmuszają do zastanawiania się, czemu zaszczytne owoce rodzimej pracy u podstaw konsumują w tak dużej mierze cudzoziemcy, a nie nasi rodacy. Czy to kwestia łatwiejszego podporządkowania się obcemu; bo jak obcy, to mądrzejszy? A może ten obcy rzeczywiście jest lepiej przygotowany do pracy – merytorycznie, taktycznie, psychologicznie, jakkolwiek? A może po prostu jest nastawiony właśnie wyłącznie na pracę, a nie na toczenie rozmaitych gier i gierek, będących pochodną tkwienia w rodzimych układach (rodzimym piekiełku)?

 

Murapol, najlepsze miejsca na świecie I Kampania z Ambasadorem Andrzejem Bargielem

 
ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

Komentarze

Więcej w felietony