Zobacz
Do góry

Bez rozgrzewki. O jedenastkach na smutno

Może – z odcieniem rezygnacji – trzeba przyjąć, że nie jesteśmy w stanie wyszkolić kilkudziesięciu – kilku? kilkunastu? – zawodników rocznie, spełniających wystarczające standardy, by grać w polskiej lidze?

Popatrzyłem na naszą – po trzeciej kolejce rozgrywek ekstraklasy – jedenastkę tygodnia. A w niej dziewięciu cudzoziemców. Żadnego w obronie, jeden w pomocy (Adam Deja z Arki Gdynia, któremu wyszedł strzał życia). W ataku lubinianin Patryk Szysz co do którego można się zastanawiać, czyby w ogóle grał o punkty, gdyby nie był młodzieżowcem. Wiadomo – od nowego sezonu młodzieżowca w jedenastce musi mieć każda drużyna, w każdym meczu. Przyjmijmy optymistycznie, że byłby grał. Co nie zmienia faktu, że jakoś tak smutnawo ta „SPORT-owa” drużyna wyglądała.

Smutek pogłębiła również konstatacja, że w Górniku Zabrze, w wyjściowej jedenastce na mecz z Wisłą w Krakowie, znalazło się trzech naszych rodaków: Przemysław Wiśniewski, Paweł Bochniewicz i Łukasz Wolsztyński. Nieco lepiej było na inaugurację sezonu 2019/20 – na mecz z Wisłą Płock – bo na boisko wyszli Wiśniewski, Bochniewicz, Kamil Zapolnik, Mateusz Matras i Szymon Matuszek. Dodajmy, że z Płockiem był remis, a z Krakowem… „remis o mało co”, a w sumie co najmniej punkt w plecy.

Już tylko dla zabawy podajmy, ilu polskich zawodników było w drużynie Górnika na mecz z Koroną Kielce (1:1) inaugurujący ligowe granie w sezonie 2018/19: Tomasz Loska, Kacper Michalski, Wiśniewski, Michał Koj, Adrian Gryszkiewicz, Daniel Liszka, Maciej Ambrosiewicz, Szymon Żurkowski, Adam Ryczkowski, Marcin Urynowicz, Daniel Smuga…

I jeszcze jedna wyliczanka. Otóż trener reprezentacji Polski do lat 17, Marcin Dorna, podał listę zawodników powołanych na tzw. konsultację selekcyjną. Znalazło się na niej m.in. dwóch zawodników Jagiellonii Białystok, trzech Lecha Poznań, trzech Pogoni Szczecin i pojedynczy zawodnicy z wielu innych klubów. W tym Wisły Kraków, Śląska Wrocław, Rakowa Częstochowa. No i żadnego – żadnego! – ze Śląska.

Powiecie, że na siłę szukam sobie powodów do umartwiania się. Łatwo przecież o taką na przykład ripostę, że dopóki Górnik grał w przeważającym liczebnie polskim składzie, dopóty miał ogromne kłopoty. Przed degradacją w sezonie 2018/19 uchroniła go w zasadzie tylko gwałtowna wymiana kadr – na cudzoziemską, co wiązało się z niewątpliwie kompetentną działalnością Artura Płatka.

Równie łatwo mogę się narazić na zarzut, że – owszem – wśród 17-latków na Śląsku nie mamy odpowiednio dużej liczby chłopaków nadających się do kadry w tej kategorii wiekowej. Jednak rzecież szkolenie idzie pełną parą, więc do innych kadr są lub będą powoływani i młodsi, i starsi. A generalnie tacy, którzy już niebawem realnie wzmocnią śląskie kluby. Może tak, może nie… Oby…

Związek między Górnikiem Zabrze a powołaniami do kadry juniorów młodych piłkarzy ze Śląska jest (przynajmniej pozornie) dość luźny, ale już związek pomiędzy potencjałem drużyny z nagromadzeniem cudzoziemców a potencjałem drużyny z zdecydowaną przewagą „krajowców” jest – jak się okazuje – bardzo silny.

Nie wiem, co wewnętrznie czuje Marcin Brosz, ale zastanawiam się, czy dla niego – trenera, który tak odważnie stawiał na młodzież i co przez pewien czas przynosiło to fantastyczne efekty, a on sam stanowił coś w rodzaju drogowskazu dla polskiej piłki – nie jest to rodzaj porażki. To mianowicie, że musiał się cofnąć w obliczu ligowych realiów, a konkretnie groźby degradacji, że młodzież, którą tak hołubił, na dłuższą metę nie wytrzymała zderzenia z polską ekstraklasą, i że musiała sobie poszukać miejsca gdzie indziej; już nie w charakterze piłkarzy czasowo wypożyczonych, lecz definitywnie sprzedanych do klubów niższych lig. Ergo: takich, którzy nie dali sobie w ekstraklasie rady.

Może łatwiej byłoby się z klęską tej koncepcji pogodzić, gdyby te wszystkie zagraniczne zaciągi realnie podnosiły jakość poszczególnych drużyn. Ale wiadomo, że tak się nie dzieje, czego bezpośrednim dowodem jest doroczny pucharowy (Liga Mistrzów, Liga Europy) koszmar, a w konsekwencji systematyczne obsuwanie się polskiej piłki klubowej w europejskiej hierarchii; notabene niedawno pisaliśmy na naszych łamach, że już tylko kroczek za nami jest… Liechtenstein.

To może – z odcieniem rezygnacji – trzeba przyjąć, że nie jesteśmy w stanie wyszkolić kilkudziesięciu – kilku? kilkunastu? – zawodników rocznie, spełniających wystarczające standardy, by grać w polskiej lidze i „wypychać” z niej – w wielu przypadkach – marnych lub co najwyżej średnich cudzoziemców? I że całą satysfakcję z tej roboty należy sprowadzić do gwarantującego święty spokój miejsca w tabeli, bo ewentualne zaszczyty wiążą się wyłącznie z późniejszymi kłopotami i szyderczym śmiechem. Tylko niech to wszystko aż tyle nie kosztuje…

 

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

 

Murapol, najlepsze miejsca na świecie I Kampania z Ambasadorem Andrzejem Bargielem

 

Komentarze