Czarni Sosnowiec. Mistrzostwo jest, teraz czas na puchar

Sebastian Stemplewski, trener mistrzyń Polski, złożył akces do… zespołu tanecznego swojej żony, Iwony.

Drugi rok pracy w kobiecym futbolu Sebastian Stemplewski zakończył zdobyciem tytułu mistrza Polski z Czarnymi Sosnowiec, które po 21 latach wróciły na tron i do galerii sukcesów dorzuciły 13. koronę.

Dwa różne światy

– Trener mistrzyń Polski – powtarza słowo po słowie. – Powoli to do mnie dociera. Dopiero po dekoracji medalami, po fecie z kibicami poznałem smak mistrzowskiej radości, którą trudno opisać, a już na pewno nie można zaplanować. Do Czarnych przyszedłem w sierpniu 2019 roku, nie znając specyfiki kobiecej piłki, więc od początku było to dla mnie wyzwanie. Lata doświadczeń z pracy z mężczyznami musiałem mocno przefiltrować, bo to dwa różne światy.

Ponieważ jestem ambitnym trenerem, postanowiłem wykorzystać szansę. Jako zawodnik nie miałem okazji spełnić swoich marzeń o grze w ekstraklasie, a jako szkoleniowiec trafiłem nie tylko do najbardziej utytułowanego klubu w polskiej kobiecej piłce, ale także do drużyny, której celem był powrót na szczyt. W pierwszym, niedokończonym sezonie znaleźliśmy się na podium. Niektórzy mówią, że zajęliśmy 3. miejsce, ale mieliśmy tyle samo punktów co Medyk Konin, z którym nie mieliśmy okazji rozegrać rewanżu, więc uważam, że zasłużyliśmy na wicemistrzostwo. Zresztą od PZPN otrzymaliśmy jednakową premię…

Najważniejsze jednak było to, że poczuliśmy, iż idziemy w dobrym kierunku, wyznaczając sobie zadanie zdobycia mistrzostwa Polski. Plan wykonaliśmy i moje trenerskie marzenie się spełniło.

Niesamowity charakter

Choć pieczęć na tytule sosnowiczanki postawiły w przedostatniej kolejce, pokonując na wyjeździe GKS Katowice 1:0, droga do złota nie była łatwa. – Marsz po tytuł utrudniały nam problemy kadrowe – dodaje szkoleniowiec Czarnych.

– Przed meczem z broniącym tytułu Górnikiem Łęczna wypadło nam 6 podstawowych zawodniczek, ale moment zawahania trwał tylko 90 minut. Kiedy Veronika Slukova w ostatnich sekundach strzelała gola na 2:0, byłem pewny, że ta drużyna jest na miarę mistrzostwa Polski. Dziewczyny pokazały niesamowity charakter i wolę walki. Chyba w tym meczu najbardziej było widać, że chcemy zdobyć mistrzostwo.

Oczywiście pojawił się mały kryzys, bo przegraliśmy z Medykiem i zremisowaliśmy z UKS-em SMS-em Łódź, ale wierzyliśmy, że sukces jest w zasięgu ręki. Wystarczyło tylko „uporządkować” głowy, zapomnieć o chwilach słabości, by nasza lokomotywa znowu ruszyła i dojechała do celu.

Sięgnąć po dublet

W trakcie meczu ostatniej kolejki (3:0 z KKP Bydgoszcz) kibice Czarnych skandowali: „Mistrza znów mamy, na Puchar Polski czekamy”. – I to jest nasz kolejny cel – zapewnia Sebastian Stemplewski. – Przed nami sobotni finał Puchar Polski. Na boisko Polonii Warszawa wybiegniemy z myślą, że chcemy sięgnąć po dublet.

Mierzymy jednak wyżej, bo myślimy, by zaistnieć w Lidze Mistrzów. Sukces rozbudza wyobraźnię i dlatego nie chcemy się zatrzymywać, choć obecnie skupiamy się na tym najbliższym wyzwaniu, czyli meczu z wicemistrzem Polski. Czeka nas spotkanie na szczycie i takie zakończenie sezonu sprawia, że mobilizujemy wszystkie siły. Dlatego w ostatnim meczu ligowym zagrały dziewczyny, które w poprzednich spotkaniach miały mniej okazji do pokazania swych umiejętności, a podstawowe zawodniczki mogły odpocząć przed finałem.

Wymiana doświadczeń

Każdy zespół ma lidera. W przypadku Czarnych trudno jednak wskazać dowódcę mistrzowskiej załogi. – Nie ma jednej osoby, która ciągnęłaby zespół – wyjaśnia opiekun mistrzyń Polski. – To jest drużyna z charakterem, albo nawet z… dwudziestoma charakterami. To są silne osobowości, które nie zawsze w szatni mają to samo zdanie, ale gdy wychodzą na boisko, stanowią całość i walczą o jeden cel. I Ania Szymańska, która jest kapitanem, i jej zastępca Patricia Fischerova są na pewno przedłużeniem mojej myśli i mogę na nie liczyć, ale liczyć się muszę z każdą z zawodniczek.

Do tego przydaje mi się doświadczenie wyniesione z… domu, w którym rządzę ja. Przynajmniej tak mi się wydaje (śmiech). Uzupełniamy się z żoną, prowadząc przedszkole sportowe „Bajkowo i sportowo” dla 40 maluchów oraz wychowując nasze dzieci, 16-letnią Darię i 19-letniego Wiktora, który kiedyś grał w Zagłębiu, ale teraz chodzi do „elektronika” i myśli o informatyce. Iwona jest ponadto właścicielem studia tańca, w którym jest 160 osób, a także prowadzi zespół, w którym tańczy też córka.

Dzielimy się spostrzeżeniami o pracy z kobietami. Iwona chodzi na moje mecze, a ja – tak ja na przykład po meczu z GKS-em Katowice, który żona oglądała w telewizji i wspierała mnie duchowo – już jako mistrz Polski pojechałem do Pawłowic, gdzie Iwona ze swoim 15-osbowym zespołem „Hot Mamas”, trenującym pod okiem Oli Supińskiej, zajęła 1. miejsce w turnieju tańca. Kibicujemy więc sobie nawzajem, wspieramy się i uzupełniamy, rozmawiając o pracy z kobietami.

Gdy odbierałem złoty medal za mistrzostwo Polski, Iwona z dwoma zespołami była w Zielonej Górze, a w dniu finału Pucharu Polski będzie w Koszalinie. Myślami jest jednak ze mną. Ona jednak nie gra w piłkę, za to ja na parkiecie radzę sobie całkiem nieźle. Złożyłem nawet propozycję dołączenia do jej zespołu, ale do „Gorących mam” nie zostałem przyjęty (śmiech). Moje zawodniczki chwalą mnie jako tancerza, więc jeszcze niejeden zwycięski taniec jestem gotów z nimi wykonać.


Na zdjęciu: Sebastian Stemplewski i jego zawodniczki nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa…

Fot. Dorota Dusik


FINAŁ PUCHARU POLSKI

Sobota, 5 czerwca, godz. 19.00

Czarni Sosnowiec – UKS SMS Łódź

Komentarze