Dekoracji nie będzie

Wiadomo od jakiegoś czasu, że tylko kataklizm może odebrać Legii mistrzostwo Polski. Tytuł zdobyty w Poznaniu będzie jednak smakować lepiej.


Jeżeli Legia Warszawa wygra w Poznaniu, nie będzie już żadnych wątpliwości, a jeżeli zremisuje owa wątpliwość będzie tak minimalna, że aż niedostrzegalna. O co chodzi? Otóż jeśli dzisiejszy mecz przy Bułgarskiej zakończy się podziałem punktów, a w niedzielę Piast Gliwice pokona Śląsk Wrocław, to na trzy kolejki przed końcem rozgrywek piłkarze Waldemara Fornalika będą mieć dziewięć punktów straty do drużyny ze stolicy.

Teoretycznie zatem będzie istniało prawdopodobieństwo, że obie ekipy zrównają się punktami na koniec sezonu. W takiej sytuacji o kolejności w tabeli decyduje bilans bramek. W przypadku Legii wynosi on w tym momencie +35. W przypadku Piasta… +7.

Trudno w historii nie tyle piłkarskiej, ale jakiejkolwiek innej znaleźć podobny cud. No chyba, że Legia w Poznaniu przegra, a później nie zdobędzie ani jednego punktu do końca rozgrywek… W tej sytuacji szanse na tytuł zachowa Lech, choć będą one – umówmy się – i tak iluzoryczne.

Boruc? Zawsze mile widziany

Oczywiście powyższe dywagacje przeczą logice. Piłkarze Aleksandara Vukovicia są zdeterminowani, aby już w Poznaniu świętować mistrzostwo Polski, bo nic nie smakuje bardziej, jak sukces odniesiony w domu odwiecznego rywala.

– Mamy dwanaście punktów do zgarnięcia do końca rozgrywek. Zaczynamy w Poznaniu, gdzie są pierwsze trzy „oczka” do zdobycia – powiedział „Vuko” i nie pozostawił wątpliwości, że jego zespół nie zamierza kalkulować. Przypomnijmy, że całkiem niedawno – tuż po wznowieniu rozgrywek – Legia przy Bułgarskiej wygrała i liczy na powtórkę.

– Ostatni mecz był tak niedawno, że nie można mówić o jakichś diametralnych zmianach. Tamta wygrana była bardzo istotna. Gdyby to Lech nas zwyciężył, to dziś sytuacja byłaby inna – podkreślił szkoleniowiec warszawskiego zespołu.

W stolicy pokonanie Lecha i zdobycie na jego terenie mistrzostwa Polski, to spory prestiż. Ale ostatnio kibice Legii bardziej zainteresowani są tym, czy do klubu powróci Artur Boruc. Przypomnijmy, że spekulacje na temat tego transferu trwają od jakiegoś czasu. Co na to trener Vuković?

– Artur zawsze jest w Legii mile widziany. Szukamy bramkarza, ale nie wiem, czy realne jest sprowadzenie golkipera z Premier League do klubu ekstraklasy. Mieć takiego zawodnika byłaby wartością dodaną – podkreślił „Aco” Vuković, który dodał, że w Poznaniu między słupkami bramki Legii stanie Radosław Cierzniak lub Wojciech Muzyk. Przypomnijmy, że Legię opuścił już Radosław Majecki, który przeniósł się do AS Monaco.

Lech bez Gytkjaera

Lech, a przede wszystkim jego kibice, nie myślą, że Legia będzie świętować przy Bułgarskiej. A Dariusz Żuraw, szkoleniowiec poznańskiego zespołu, mówi o chęci rewanżu, bo dwa razy w tym sezonie „Wojskowi” okazali się lepsi od jego ekipy.

– Ta chęć jest ogromna. W Warszawie prowadziliśmy. W Poznaniu – patrząc na statystyki – byliśmy lepsi. Teraz też chcemy być lepsi, a przede wszystkim chcemy zdobyć trzy punkty – powiedział opiekun Lecha, który w dzisiejszym meczu będzie musiał się zmierzyć ze sporym osłabieniem. Za kartki nie zagra bowiem Christian Gytkjaer, najskuteczniejszy zawodnik naszej ekstraklasy. Kto wystąpi w jego miejsce? Wszystko wskazuje na to, że tym graczem będzie Timur Żamaletdinow.

Niektórych pewnie nurtuje to, czy w przypadku zapewnienia sobie tytułu Legia zostanie udekorowana na płycie stadionu przy Bułgarskiej? Nie. Już jakiś czas temu Ekstraklasa S.A. podjęła decyzję, że medale i trofeum zostanie wręczone po ostatniej kolejce. Trochę przypomina to sytuację z 2018 roku. Wtedy Legia grała w ostatniej kolejce z Lechem, a mistrzostwo miała niemal pewne.

Wcześniej Ekstraklasa wydała komunikat, że „Wojskowi” nie zostaną udekorowaniu w Poznaniu z powodu waśni między kibicami obu drużyny. Warszawski zespół prowadził 2:0 i wtedy fani Lecha przerwali mecz, który skończył się walkowerem. Ostatecznie, gdy miejscowi kibice opuścili stadion, stołeczni piłkarze …odebrali trofeum i medale na płycie stadionu Lecha.

Fot. Bartek Syta/PressFocus

Komentarze