Długo na to czekał

Michał Koj był jednym z bohaterów wtorkowego meczu Arka – Górnik w Gdyni.


Doświadczony obrońca w bieżącym sezonie na ekstraklasowych boiskach pojawiał się rzadko, bo zaledwie dziewięć razy. Kiedy jednak dostawał od trenera Marcina Brosza szanse, to grał albo dobrze, albo bardzo dobrze, tak jak było to w wygranym 2:1 spotkaniu z „żółto-niebieskimi”.

Chciał uderzać prawą

W Gdyni „górnicy” odnieśli swoje trzecie wyjazdowe zwycięstwo w tym sezonie. Z pewnością nie byłoby tak dobrze, gdyby nie trafienie na początku meczu w wykonaniu 26-letniego defensora. Grający we wtorek na lewej stronie obrony piłkarz, zapędził się pod pole karne rywala, dopadł do bezpańskiej piłki, po czym przymierzył tak, że Pavels Steinbors nie miał nic do powiedzenia. Plasowane uderzenie sprawiło, że piłka wylądowała idealnie pod poprzeczką.

– Co mam powiedzieć, piłka siadła mi na nodze. Na treningach udaje się w ten sposób trafić do siatki rywala. Cieszę się, że udało się teraz i w meczu. Mogę być tylko zadowolony z podjętej decyzji, z jakości tego strzału, no i oczywiście bramki – cieszy się [Michał Koj].

Początkowo, kiedy pika zmierzała w jego kierunku, to zamierzał uderzać swoją „słabszą” prawą nogą, ale ostatecznie zdecydował inaczej. – Na szczęście uderzyłem nie prawą nogą, ale lewą. Jakbym uderzał prawą, to nie wiem co by było – mówi z uśmiechem.

Na bramkę w ekstraklasie, także z tego powodu, że nie gra regularnie, „Koju” musiał trochę poczekać. Te poprzednie trafienie w najwyższej klasie rozgrywkowej, miało miejsce jeszcze w czasie, kiedy Górnik – po awansie – walczył o miejsce w europejskich pucharach.

W lutym 2018 roku trafił w wyjazdowym meczu ze Śląskiem Wrocław (1:1), pokonując Jakuba Słowika. Z rożnego wrzucał wtedy Damian Kądzior, Igor Angulo przedłużył piłkę, a Koj wpakował ją do siatki. Początkowo gol nie został wtedy uznany, bo sędzia asystent dopatrzył się spalonego, ale po interwencji VAR wszystko się wyjaśniło. W Gdyni nie było takich wątpliwości i śląski obrońca mógł się cieszyć ze swojej bramki numer 9 w ekstraklasie.

Radzili sobie

W wygranym spotkaniu z Arką trener Brosz dał szansę gry wielu dublerom. To dlatego od pierwszej minuty zagrał Koj, a także tacy piłkarze, jak Aleksander Paluszek, Adam Ryczkowski czy Piotr Krawczyk. Nie było odpoczywającego Igora Angulo, a z kolei tacy zawodnicy, jak Erik Janża, Roman Prochazka i Jesus Jimenez usiedli na ławce rezerwowych, żeby na boisku pojawić się w drugiej połowie. Gra Górnika wyglądała jednak dobrze.


Czytaj jeszcze: Piękne bramki „górników”


– Mieliśmy więcej sytuacji, w których mogliśmy się lepiej zachować i lepiej dograć. Co do składu i gry, to nie mnie to oceniać. Wiadomo, że Igor oraz Jesus, to wartość dodana naszego zespołu, ale radziliśmy sobie bez nich i to dobra wiadomość – podkreśla Koj.

Teraz przed zabrzanami ostatni mecz sezonu z Zagłębiem u siebie w sobotę. Być może jeden z bohaterów meczu z Arką ponownie dostanie szansę, bo jak pokazał mecz w Gdyni jest w dobrej formie. Górnikowi w starciu z lubinianami potrzeba remisu, żeby zapewnić sobie 9 miejsce na koniec sezonu, co po podziale na grupy było zadaniem postawionym przed zespołem.


LICZBA

9

BRAMEK w ekstraklasie ma na swoim koncie Michał Koj. Pięć z nich zdobył grając w barwach Ruchu, a cztery w ekipie Górnika. W ekstraklasie wystąpił w sumie w 101 spotkaniach. Jego pozyskaniem jest zainteresowane Podbeskidzie Bielsko-Biała.


Na zdjęciu: Michał Koj (z lewej) po meczu w Gdyni ma się z czego cieszyć.

Fot. Marcin Gadomski/Pressfocus

Komentarze