Grzybek: Śmiejemy się, że jesteśmy dwa topory

Maciej GRYGIERCZYK: Akumulatory po urlopie naładowane?
Mateusz GRZYBEK: – Naładowane! W poniedziałek zaliczyłem ostatnie bieganie, we wtorek – dzień odpoczynku, a w środę zaczynamy w klubie okres przygotowawczy. Na urlop nigdzie nie wyjeżdżałem. Święta spędziłem w Tychach, przy okazji Sylwestra udało się jedynie wyskoczyć na kilka dni do Wrocławia.

Pod wodzą Ryszarda Tarasiewicza długo trenujecie w grudniu, ale z kolei w styczniu wracacie do zajęć najpóźniej spośród pierwszoligowców.
Mateusz GRZYBEK: – Kwestia wizji trenera. Zawodnicy odbierają to różnie. Jednym może to pasować, drugim nie… Dla mnie nie ma to większego znaczenia. Fajnie, że po świętach jest trochę więcej wolnego i czas, by zbić wagę (śmiech). Oczywiście żartuję, bo z tym nigdy nie miałem problemów. Wiadomo, że nie można się obżerać, ale też nie ma co przesadnie sobie wszystkiego odmawiać. Mi osobiście ten plan treningowy i rozpiska serwowane przez trenera Tarasiewicza bardzo spasowały. Rok temu wiosną czułem, że pod względem fizycznym przynosi to efekty. Mam nadzieję, że teraz będzie podobnie. Muszę przyznać, że teraz trenowaliśmy wedle rozpisek zdecydowanie ciężej niż rok temu. Chodzi mi przede wszystkim o bieganie. Tętna progowe były wyższe, a to znaczy, że postawione zostały wobec nas większe wymagania.

Deklaruje pan, że okres przygotowawczy rozpocznie pan w Tychach?
Mateusz GRZYBEK: – A co, ktoś chce mnie wyrzucić? (śmiech). Z tego, co wiem, zostaję w GKS-ie. Kontrakt mam ważny do czerwca, żadnych sygnałów z klubu świadczących o tym, że miałbym odejść, nie otrzymałem. Jeśli nic się nie zmieni, będę grał w Tychach.

Jak odbiera pan spekulacje sugerujące, że może pan przenieść się do ekstraklasy?
Mateusz GRZYBEK: – Trochę szumu w poprzednim tygodniu było, ale… To już któreś takie okienko transferowe z kolei, gdy ten szum jest, a nic z tego nie wynika. Prezes Bednarski powiedział, że nie ma za mnie żadnej oferty. Trzeba też sobie powiedzieć, że mało kto z nas, zawodników, mógł być zadowolony po takiej rundzie, jaką mieliśmy. Oczekiwania były całkiem inne. Każdy wspominał o awansie. Oby przynajmniej skończyło się tak, jak rok temu, kiedy wiosną złapaliśmy świetną serię.

Czy poradziłby pan sobie w ekstraklasie?
Mateusz GRZYBEK: – Tak mi się wydaje – choć wiem, że może to zabrzmieć tak, jakbym było zbyt pewny siebie. Wiele czynników się przecież na to składa i dopóki tam nie wyląduję, to się tego nie dowiem. Sporo zawodników mówi, że spokojnie pogra sobie w ekstraklasie, a gdy przychodzi co do czego, to się od niej odbijają…

Do klubów z elity był pan przymierzany jeszcze jako junior, w 2014 roku. Teraz ma pan 22 lata i na koncie ponad 100 meczów rozegranych w pierwszej lidze.
Mateusz GRZYBEK: – Na początku był wokół mojej osoby szum, ale poparty tym, że nie odstawałem od reszty drużyny. Wiemy, jak to jest – najtrudniej jest nie tyle wejść na ten dobry poziom, co potem go utrzymać. Zdaję sobie sprawę, że miałem lepsze i gorsze momenty. Leci już mój szósty rok w GKS-ie. Życzyłbym sobie grać lepiej.

Ma pan po latach o coś do siebie pretensje?
Mateusz GRZYBEK: – Zdecydowanie, choć może „pretensje” to nie jest najwłaściwsze słowo. Po prostu z wiekiem człowiek mądrzeje i zaczyna zwracać uwagę na więcej kwestii. To nie przypadek, że miałem swego czasu takie problemy z kolanami. Teraz jest już inaczej. Mimo że niby wciąż jestem młody, to teraz staram się też podpowiadać w szatni młodszym kolegom. Wszystko jest kwestią świadomości i sposobu przyswajania wiedzy. Bo ktoś może coś ci mówić, a ty i tak masz muchy w nosie i wiesz lepiej.

Z panem tak było?
Mateusz GRZYBEK: – Może nie do tego stopnia, bo starałem się słuchać wszystkich. Byłem przecież chłopakiem stąd, który marzył o grze dla GKS-u. Od małego chodziłem na trybuny, kibicowałem. Gdy potem w szatni spotkałem Łukasza Kopczyka czy Krzysztofa Bizackiego, to byli dla mnie mocnymi personami, autorytetami, z których zdaniem każdy się liczył.

Wynika z tego, że drobne „grzechy młodości” ma pan już za sobą. A jak się ma do tego dziewięć żółtych kartek z minionej jesieni? Taki wynik w pierwszej lidze wykręcił jeszcze tylko… Dawid Abramowicz, czyli drugi z bocznych obrońców GKS-u.
Mateusz GRZYBEK: – Śmiejemy się z „Abramem”, że z nas to są dwa topory i to nie przypadek, że łapiemy tyle kartek. Ale tak poważnie… No, niektóre kartki były bardzo głupie. Chyba ze trzy dostałem za odepchnięcie przeciwnika, który nie chciał oddać piłki. Nie jest to więc efekt ostrości w grze, a raczej głupich wyskoków.

W czerwcu wygaśnie pana kontrakt z GKS-em, propozycję nowego ma pan na stole, jednocześnie mogąc już związać się umową od lipca z nowym pracodawcą…
Mateusz GRZYBEK: – Wiem, że w najbliższych dniach ma dojść do spotkania mojego menedżera z prezesem Bednarskim i dyrektorem Bizackim. Czekam, jak sytuacja się rozwinie. Gdy człowiek jest niepewny przyszłości, to inaczej funkcjonuje. Trzeba też pamiętać o zdrowiu. Każdy zawodnik z krótkim kontraktem musi przecież życzyć sobie, by – odpukać – nie przytrafił się jakiś poważniejszy uraz.

Czyli rozumiemy, że przystępując do rundy wiosennej, chciałby mieć pan już mieć podpisaną jakąś umowę ważną od lipca?
Mateusz GRZYBEK: – Tak jest. Sytuacja ma być klarowna. Albo jestem dogadany w Tychach, albo szukam alternatywy.

Czy GKS ma pierwszeństwo?
Mateusz GRZYBEK: – Pomidor! (śmiech).

 

Na zdjęciu: Zaczynając ligową wiosnę, Mateusz Grzybek chce być pewien swojej przyszłości.

 

Komentarze