Jan Woś. Ostatni Mohikanin

Piłkarzem, który w barwach wodzisławskiej Odry rozegrał najwięcej meczów w ekstraklasie jest Marcin Malinowski. Popularny „Malina” koszulkę klubu z Bogumińskiej zakładał 303 razy (łącznie w ekstraklasie rozegrał 458 spotkań), ale piłkarzem WYJĄTKOWYM w historii Odry jest Jan Woś, który jako jedyny piłkarz tego klubu zagrał w pierwszym meczu w elicie (27 lipca 1996 roku z Polonią Warszawa, wynik 3:1) i w ostatnim przeciwko Wiśle Kraków (5 maja 2010 roku, wynik 1:1). Pracujący obecnie jako drugi trener w GKS-ie 1962 Jastrzębie Woś w ekstraklasie wystąpił 324 razy, z czego 264 jako zawodnik Odry.

Postanowiłem namówić Jana Wosia do zwierzeń, które mecze w trakcie jego długiej i owocnej kariery zapadły mu najgłębiej w pamięci. Oto jego wybory:

27 lipca 1991 roku, II liga grupa zachodnia

Ślęza Wrocław – Odra Wodzisław 1:0 (1:0)

1:0 – Michaliszyn, 2 min (głową)

Sędziował Julian Pasek (Legnica). Widzów 1500.

– Miałem wtedy 17 lat, to był mój debiut w drużynie seniorów – wspomina Jan Woś.

– Trenerem Odry był wtedy Marian Piechaczek, który wystawił mnie na prawej „pompie”, czyli na prawym skrzydle. Grałem wtedy między innymi z Ryszardem Wieczorkiem, Tomkiem Sosną, Jarkiem Wolnym, Mirkiem Karwotem, Damianem Cicheckim i Zbyszkiem Sawczukiem. Pamiętam, że zjadła mnie trema i cierpliwy zazwyczaj trener Piechaczek zdjął mnie w trakcie pierwszej połowy, chyba w 36 minucie. Moje miejsce zajął „Cichy”. Nie miałem wtedy o to pretensji do trenera, bo sam czułem, że nie daję rady. W okresie przygotowawczym wszystko wyglądało bardzo dobrze i wydawało mi się, że jestem gotowy do gry w II lidze, ale zderzenie z rzeczywistością było bardzo brutalne.

Z kronikarskiego obowiązku podajmy skład Odry w tym spotkaniu: Jarkiewicz – Pawłowski, Cudnowski, Lasota, Karwot – Woś (31. Cichecki), Sosna, Wieczorek, Kołaczyk – Wolny, Sawczuk. I fragment sprawozdania ze „Sportu”: „Gospodarze mieli ogromną tremę, przystępując do tego meczu z rutynowanym, bądź co bądź, przeciwnikiem. Ta trema trwała jednak tylko 2 minuty, a zadecydowało o tym dośrodkowanie Lizaka i piękny strzał głową Michaliszyna. Odra uzyskała lekką przewagę, ale grała schematycznie, więc wrocławianie bez trudu powstrzymywali wszystkie ataki gości. W 30 minucie mogło być 2:0, kiedy Michaliszyn wymanewrował obrońców z Wodzisławia i strzelił z 20 metrów. Piłka odbiła się od jednego słupka, następnie od drugiego i wyszła w pole. W drugiej części Odra przede wszystkim dzięki kontratakom w wykonaniu Pawłowskiego i Sawczuka mogła wyrównać”.

20 kwietnia 2002 roku, ekstraklasa

Odra Wodzisław – Ruch Chorzów 3:1 (1:1)

0:1 – Woś, 5 min, 1:1 – Nowacki, 28 min, 2:1 – Saganowski, 47 min (wolny), 3:1 – Matyja, 87 min

Sędziował Marcin Borski (Warszawa). Widzów 2500.

– To był mój pierwszy mecz w Wodzisławiu w koszulce Ruchu. Wcześniej zagrałem dwa mecze przeciwko Odrze, ale oba odbyły się w Chorzowie. Bardzo szybko zdobyłem bramkę dla „Niebieskich”. Po rzucie rożnym dla nas, piłka została wycofana przed pole karne, po strzale jednego z moich kolegów Marcin Bęben „wypluł” piłkę, a ja z kilku metrów tylko dopełniłem formalności. Nie fetowałem zdobycia tego gola, co inni piłkarze Ruchu przyjęli ze zrozumieniem. Jeszcze przed przerwą wyrównał „Mały”, czyli Marcin Nowacki, a od 44 minuty graliśmy w dziesiątkę, bo Mariusz Śrutwa został ukarany czerwoną kartką. Zaraz po przerwie drugiego gola dla Odry strzelił z rzutu wolnego Marek Saganowski, a wynik ustalił Jacek Matyja, który po raz trzeci zmusił tego dnia do kapitulacji Marka Matuszka.

13 czerwca 2001 roku, ekstraklasa

Ruch Chorzów – Groclin/Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski 4:3 (0:2)

0:1 – Lamptey, 29 min, 0:2 – T. Fornalik, 33 min (samobójcza), 1:2 – Woś, 52 min (karny), 2:2 – Śrutwa, 62 min, 2:3 – Kłosiński, 74 min (głową), 3:3 – Woś, 87 min, 4:3 – Woś, 90 min (karny)

Sędziował Ryszard Wójcik (Opole). Widzów 1856.

– Mecz z Groclinem w Chorzowie był dla mnie szczególny z kilku powodów. Po pierwsze strzeliłem swój pierwszy hat trick w karierze i to nie byle komu, bo Wojciechowi Kowalewskiemu, który później był reprezentantem Polski. Po drugie – to zwycięstwo sprawiło, że Ruch był najlepszą drużyną w rundzie wiosennej. Zdobyliśmy wtedy, o ile mnie pamięć nie myli, 29 punktów. Po trzecie – wcześniej miałem pół roku przerwy z powodu kontuzji i wiosną czułem autentyczny głód piłki. Dla mnie tamten sezon mógłby się nie kończyć w tym momencie. Może ten mecz nie był najlepszym występem w sezonie, ale dzięki dramatycznej końcówce spotkanie było emocjonujące. Po czwarte wreszcie – był to pożegnalny występ naszego bramkarza Jakuba Wierzchowskiego, który odchodził do Werderu Brema. W tym meczu między słupkami nie stał jednak on, lecz „Grzana”, czyli Waldemar Grzanka.

Pierwszego karnego, po faulu Piotrka Piechniaka na Rafale Kwiecińskim, strzeliłem w prawy górny róg bramkarza, przy drugim „wapnie” za zagranie ręką któregoś z piłkarzy Groclinu, Kowalewski mnie wyczuł, ale piłka szczęśliwie wpadła do siatki. W tym strzale było mniej precyzji, a więcej siły. Gol z akcji padł po znakomitym podaniu Roberta Górskiego, wyszedłem sam na sam z „Kowalem” i przelobowałem go z 16 metrów.

Jan Woś zapomniał tylko dodać, że po końcowym gwizdku naszego „eksportowego” arbitra Ryszarda Wójcika rozpętała się prawdziwa burza, w której prym wiódł Wojciech Kowalewski.

– Kto dotknął ręką tę piłkę? – zapytał w drodze do szatni sędziego z Opola. – Chyba Kozioł – usłyszał w odpowiedzi.

– Chyba to jest taka ryba – grzmiał dalej bramkarz Groclinu.

– Najpierw pan mówił, że Araszkiewicz, teraz, że Kozioł. A prawda jest taka, że to byłem ja.

26 kwietnia 2008 roku, ekstraklasa

Jagiellonia Białystok – Odra Wodzisław 2:3 (1:0)

1:0 – Sotirović, 41 min, 1:1 – Woś, 54 min, 1:2 – Woś, 58 min, 1:3 – B. Socha, 78 min (głową), 2:3 – Tumicz, 90 min

Sędziował Piotr Wasilewski (Kalisz). Widzów 7000.

– Mecz w Białymstoku był dla mnie pamiętny nie tylko z powodu dwóch strzelonych goli, ale również dlatego, że były one rzadkiej urody. Bramki gospodarzy strzegł wtedy Grzegorz Sandomierski. Nim jednak zaczęliśmy go pokonywać, zaskoczył nas Vuk Sotirović, który miał patent na strzelanie goli Odrze. Do przerwy przegrywaliśmy 0:1, ale po zmianie stron boiska w krótkim odstępie czasu dwukrotnie zaskoczyłem Sandomierskiego. Najpierw po dośrodkowaniu z lewej flanki Kuby Biskupa uderzyłem z woleja, chwilę później doznałem drobnej kontuzji i znalazłem się poza linią boczną boiska. Gdy na nie wróciłem, mieliśmy rzut wolny z 20 metrów. Uderzyłem nad murem, piłka odbiła się od poprzeczki i wpadła do siatki. Potem miałem jeszcze asystę przy bramce Bartka Sochy. Przyznaję uczciwie, strzelałem na bramkę, lecz futbolówka zeszła mi na zewnętrzną część stopy, a Bartek tylko przeciął jej lot głową i załatwił sprawę.

9 listopada 2008 roku, ekstraklasa

Odra Wodzisław – Górnik Zabrze 0:0

Sędziował Grzegorz Gilewski (Radom). Widzów 7000.

– Mecz rozegrany w Wodzisławiu z Górnikiem Zabrze zapamiętam do końca życia, podobnie jak ówczesnego piłkarza tego klubu, Michała Pazdana. Minęła godzina, gdy skoczyłem do górnej piłki z obrońcą Górnika. Poczułem okrutny ból, lecz myślałem, że kontuzja nie jest groźna, chociaż krew z nosa lała mi się obficie. Nie byłem w stanie kontynuować gry, w moje miejsce wszedł czeski pomocnik Daniel Rygel. Wsiadłem do karetki pogotowia i pojechałem do szpitala w Wodzisławiu, a stamtąd zostałem przewieziony do specjalistycznego szpitala w Sosnowcu. Tamtejszy lekarz nie zauważył złamania kości jarzmowej, stwierdzając, że to silne stłuczenie i obrzęk. Skoro tak, to wyszedłem normalnie na trening, ale krew dalej mi leciała z nosa. Czułem, że kość jest złamana, bo miałem wklęsły policzek. Nasz klubowy lekarz, doktor Ryszard Zakrzewski wypisał mi skierowanie do dentysty, który bardzo szybko postawił właściwą diagnozę. Obok prawego oka miałem dużego krwiaka oraz złamaną kość jarzmową. Wylądowałem w Katowicach w klinice chirurgii szczękowo-twarzowej przy ulicy Francuskiej, dokąd przyjechałem razem z żoną Eweliną. Przeszedłem konsultację w poradni czaszkowo-twarzowej, a zaraz potem zostałem umieszczony na szpitalnym oddziele. Mój widok w lustrze mógł przerazić każdego, bo wyglądałem jak Quasimodo.

Po feralnym meczu z Górnikiem Zabrze Jan Woś wylądował w klinice chirurgii szczękowo-twarzowej przy ulicy Francuskiej w Katowicach.
Fot. Marek Hajkowski

– W momencie, gdy Janek doznał kontuzji w meczu z Górnikiem, stałem około 70 metrów od niego, ale wiedziałem, że sprawa jest poważna, bo po starciu z Pazdanem usłyszałem „suchy” trzask – wspomina były piłkarz wodzisławskiej Odry, Sławomir Szary.

– Janka wsadzono do karetki, ale był w takim szoku, że wysiadł z niej i chciał wracać na boisko. Dopiero doktor Zakrzewski uspokoił go i wyperswadował ten pomysł. Byłem cholernie zaskoczony, gdy Janek pojawił się na naszym treningu na popularnej „gliniance”. Krew cały czas ciekła mu z nosa, a on to bagatelizował. Jeżeli mnie pamięć nie myli, „Rocky” (Piotrek Rocki – przyp. BN) wygonił go z boiska i kazał sp… do lekarza.

11 maja 2010 roku, ekstraklasa

Odra Wodzisław – Śląsk Wrocław 2:4 (0:0)

1:0 – Dymkowski, 55 min, 1:1 – Mila, 62 min, 2:1 – Daniel Bueno, 73 min, 2:2 – Sotirović, 76 min, 2:3 – Sotirović, 84 min, 2:4 – Mila, 87 min

Sędziował Adam Lyczmański (Bydgoszcz). Widzów 4500.

– Los Odry został przypieczętowany w przedostatniej kolejce sezonu 2009/10. Graliśmy na własnym boisku ze Śląskiem i gdybyśmy to spotkanie rozstrzygnęli na swoją korzyść, najprawdopodobniej utrzymalibyśmy się w ekstraklasie. W tym pojedynku nie wyszedłem na boisko, byłem „przyspawany” do ławki rezerwowych. Nie miałem wtedy najwyższych notowań u trenera Marcina Brosza, wyżej stały akcje Piotrka Piechniaka, który grał na prawej pomocy. Prowadziliśmy dwukrotnie, ale w końcówce „załatwili nas” Sotirović i Sebastian Mila. Zagrałem 18 minut w ostatniej kolejce z Wisłą Kraków i dzięki temu w pewnym sensie przeszedłem do historii Odry. Ale marna dla mnie to pociecha, bo liczyłem, że się utrzymamy. Nie musiałem być tym zawodnikiem, który w ekstraklasie zapali światło, a potem je zgasi.

– Dla mnie mecze ze Śląskiem był szczególny, bo przecież jestem wychowankiem tego klubu – przypomina były stoper Odry, Marcin Dymkowski.

– Mecz układał się po naszej myśli, bo na początku drugiej połowy strzeliłem bramkę dla Odry. Brasilia zagrał przed bramkę, a ja wślizgiem wpakowałem piłkę do siatki. Krył mnie wtedy Dariusz Sztylka, który obecnie jest moim przełożonym jako dyrektor sportowy Śląska. Potem jeszcze Mariana Kelemena zaskoczył Daniel Bueno, ale końcówka spotkania należała do wrocławian.

Majowa porażka ze Śląskiem zdruzgotała piłkarzy Odry, bo ich przeciwnik wygrał pierwszy mecz od… 12 grudnia poprzedniego roku, gdy na własnym boisku pokonał 1:0 Polonię Warszawa! Antoni Łukasiewicz strzelił wtedy gola w 90 minucie spotkania! Po meczu szczęśliwi kibice gości zdarli strój z Sebastiana Mili, który udzielał dziennikarzom wywiadów w samych majtkach!

6 listopada 2003 roku, Puchar UEFA

Manchester City – Groclin/Dyskobolia Grodzisk Wielkopolski 1:1 (1:0)

1:0 – Anelka, 5 min, 1:1 – Mila, 65 min (wolny)

Sędziował Georgion Kasnaferis (Grecja). Widzów 32500.

– W swoich wspomnieniach nie mogę nie uwzględnić meczu z Manchesterem City, gdy byłem zawodnikiem Groclinu. Wcześniej wymieniłem spotkanie ze Śląskiem, które przesiedziałem na ławce rezerwowych. W meczu Pucharu UEFA z Anglikami nie zmieściłem się nawet do „18” i zająłem miejsce na trybunach. Olbrzymi i nowoczesny City Stadium of Manchester naprawdę robił wrażenie. Pamiętam długą kolejkę do sklepu z pamiątkami, ale w niej nie stałem, bo nie jestem kolekcjonerem gadżetów. Siedzieliśmy bardzo blisko ławki rezerwowych, kibice byli 5-6 metrów od linii bocznej boiska. Do Anglii pojechała cała, 25-osobowa kadra, wszyscy byliśmy ubrani w eleganckie garnitury.


Potężny City Stadium of Manchester zrobił wrażenie na piłkarzach Groclinu/Dyskobolii, wówczas zespole wicemistrza Polski. Pierwszy z prawej, Jan Woś.
Fot. archiwum Jana Wosia

Mieszkaliśmy w hotelu „Hilton”, ale takim oryginalnym. Każdy z nas czuł się potrzebny tej drużynie, więc nikt się nie obraził, że zajął miejsce na trybunach. Mecz rozpoczął się dla nas bardzo źle, bo już na początku Nicolas Anelka pokonał Mariusza Liberdę. Francuz został obsłużony prostopadłym podaniem przez legendarnego napastnika Liverpoolu, Robbiego Fowlera. Po przerwie Sebastian Mila wyrównał kapitalnym strzałem z rzutu wolnego, a w Grodzisku padł bezbramkowy remis i wyrzuciliśmy wielki Manchester City za burtę europejskich pucharów.

Na zdjęciu: Mecz nr 300 Jan Woś rozegrał przeciwko Cracovii (9 maja 2009 roku). Przed meczem otrzymał drobny upominek i kwiaty. Towarzyszyli mu trener Antoni Piechniczek (z lewej) i prezes Odry, Ireneusz Serwotka.

Komentarze