Zobacz
Do góry

Komentarz „Sportu”. Coś drgnęło

Piłka ma to do siebie, że narzuca odwołania do… czarów-marów.

W przypadku selekcjonera naszej kadry, Jerzego Brzęczka, wzięto na tapetę to, że w jego dotychczasowych (jako piłkarza) kontaktach z izraelskim futbolem wiodło mu się średnio. Chodzi o te na szczeblu reprezentacyjnym – na pięć przypadków wygrał tylko raz i dwa razy zremisował. Na domiar złego po porażce w 1996 roku 1:2 wypadł z kadry na dłużej. Lepiej wiodło mu się w trakcie rocznego epizodu w Maccabi Hajfa, z którym zdobył wicemistrzostwo Izraela (sezon 1999-2000).

Na upartego można byłoby się doszukiwać długiego cienia rzucanego na Brzęczka przez tamte doświadczenia. Może wręcz jakiegoś izraelskiego kompleksu, ale – podchodząc w pełni racjonalnie – jeśli cokolwiek mogło tenże długi cień rzucać, to dotychczasowe mecze reprezentacji Polski pod jego wodzą. Głównie oczywiście w eliminacjach Euro 2020. Drużyna i selekcjoner wygrali pierwsze trzy mecze. Musieli zmierzyć się z falą totalnej krytyki za to, co pokazywali. Najbardziej się im oberwało za mecz z Macedonią Północną. Paradoksalnie, najbardziej zainteresowani tę krytykę podzielali, ale też niespecjalnie umieli zdiagnozować przyczyny tak słabej, mało wyrazistej, ślamazarnej gry. A może zdiagnozować – publicznie – nie chcieli.

Stąd też pojawienie się tezy, że piłkarze nie bardzo umieją zrozumieć, jaka jest idea Brzęczka, jaki jego pomysł na grę, a w sumie to sam trener nie bardzo wie (umie?), jak przekazać to, co mu w duszy gra. Ogromu złośliwości dopełniały komentarze, że pewnie do finałów Euro 2020 awansujemy, ale odegramy w nich rolę, do której niestety przywykliśmy: mecz otwarcia, o wszystko itd. I że kibice prędzej czy później od tak grającej drużyny się odwrócą, bo jest ona sprawcą niestrawności.

Bywało… gorąco

Z tych też powodów na spotkanie z Izraelem przyszło oczekiwać z niepokojem, tym bardziej że nasi wczorajsi rywale, w świetle dotychczasowych wyników w eliminacjach ME, mieli uchodzić za najtrudniejszych. I znów paradoks: patrząc z perspektywy wyniku 4:0, okazali się rywalami najsłabszymi. Jednak też widzieliśmy inną biało-czerwoną drużynę niż w poprzednich meczach. Bardziej odważną – Brzęczek otrzymał definitywną odpowiedź, jak grać w ofensywie – bardziej zdecydowaną, by nie rzec – konkretną w każdym sektorze boiska. W ten sposób dostrzegliśmy światełko w tunelu – światełko rzucone na styl, ideę, koncepcję, pomysł…

Krytyczne uwagi do gry muszą jednak pozostać, bo nie sposób nie pamiętać, że dopóki wynik nie był pewny, dopóty nie brakowało banalnych, a przez to irytujących i niebezpiecznych dla nas błędów, w tym często wynikających ze swego rodzaju niechlujstwa.

Co nie zmienia faktu, że piłkarze, selekcjoner – może zwłaszcza on – i oczywiście kibice wejdą w okres urlopowy o wiele spokojniejsi, już nie tylko dlatego, że został zrobiony kolejny, znaczący krok ku finałom Euro 2020, i nie tylko dlatego, że to rywale muszą się martwić bardzo dużym już dystansem do Polski, lecz również dlatego, że trudno komukolwiek będzie powiedzieć, że to już tylko kwestia nieustających przypadków, niskiej klasy rywali, czy też owych czarów-marów z przeszłości, z którymi Jerzy Brzęczek się zmagał. I z odcieniem ulgi możemy (wreszcie) powiedzieć: coś drgnęło.

 

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

Komentarze

Więcej w felietony