Zobacz
Do góry

Komentarz „Sportu”. Trenerski nos

Szybciej niż mogłoby się wszystkim wydawać reprezentacja Polski w dobrym stylu awansowała do finałów Euro. W czempionacie Starego Kontynentu zagramy po raz czwarty z rzędu.

 

Jasne, w poszerzonej wersji łatwiej o miejsce niż lata temu, kiedy o prymat w najważniejszej piłkarskiej imprezie w Europie brało udział ledwie osiem reprezentacji, ale kolejny awans ma swoje znaczenie, tym bardziej, że osiągamy go jako jedni z pierwszych, po Belgach, Włochach i Rosjanach. Ma to swoją wymowę, tym bardziej, że przecież miesiąc temu byliśmy w innym miejscu i w innych nastrojach. Po porażce ze Słowenią i remisie z Austrią zrobiło się nerwowo. Na szczęście dwie ostatnie wygrane odmieniły wszystko.

To duży sukces naszej piłkarskiej reprezentacji i samego selekcjonera. Od momentu swojej nominacji Jerzy Brzęczek był i jest pod obstrzałem. Czy słusznym? W wywiadzie dla „Sportu” w zeszłym tygodniu Henryk Kasperczak, wybitny reprezentant, a później również dobry szkoleniowiec mówił, żeby nie spieszyć się z ocenami pod adresem selekcjonera i żeby zaczekać na czas po eliminacjach. Słuszne to słowa. Minęło kilka dni, a trener Brzęczek może się cieszyć ze swojego największego sukcesu w szkoleniowej karierze. Nie szło mu w Rakowie, Lechii czy GKS Katowice. Tylko tak naprawdę w Wiśle Płock było nieźle, a teraz świętuje z reprezentacja awans na duży międzynarodowy turniej!

Spójrzmy wstecz i zobaczmy ilu polskim selekcjonerom udała się ta sztuka. Nie jest ich wielu. To legenda przedwojennej piłki Józef Kałuża, który poprowadził biało-czerwonych na mundial we Francji w 1938 roku. Potem kolejne awanse i sukcesy święcili Kazimierz Górski oraz Antoni Piechniczek. I już jesteśmy w XXI wieku, gdzie na duże międzynarodowe imprezy zespół narodowy zdołali wprowadzić Jerzy Engel, Paweł Janas i dwukrotnie Adam Nawałka. Teraz do tego zacnego grona dołącza Brzęczek. Duże gratulacje dla 48-letniego selekcjonera, tym bardziej, że przecież krytyków mu nie brakuje. Brzęczek ratuje się wynikami i… świetnymi zmianami. Do tych w kadrze ma wyjątkowego trenerskiego nosa. Przecież aż siedem z 13 goli zdobyli rezerwowi.

Tak było też w niedzielę na PGE Narodowym, kiedy to do siatki w decydującym momencie trafiali wprowadzeni na murawę Przemysław Frankowski oraz Arkadiusz Milik.

Plan postawiony przed Brzęczkiem i piłkarzami został szybko wykonany. Teraz pozostaje zdobyć kolejne punkty w ostatnich listopadowych starciach z Izraelem i Słowenią tak, żeby zapewnić sobie pierwsze miejsce w grupie i… zapominamy o tym co było. O eliminacjach, po wyciągnięciu odpowiednich wniosków, trzeba będzie zapomnieć i szykować się na turniej, jakiego w piłkarskim światku jeszcze nie było. Tam wyjście z grupy będzie planem minimum.

 

Komentarze