Zobacz
Do góry

Kot: Szybko przyszedł czas na rachunek sumienia

Rozmowa z Maciejem Kotem, drużynowym mistrzem świata z Lahti, 47. skoczkiem sezonu 2018/19.

Aleksandra PIEPRZYCA: Osły to przyjemne zwierzątka?
Maciej KOT: – Myślę, że chyba nikt w Polsce nie pracował jeszcze z osłami, bo pytałem o to wielu ludzi, ale nikt o tym nie słyszał. Są specyficznymi zwierzętami. Wbrew pozorom są bardzo inteligentne, a nie głupie i uparte, jak myśli większość ludzi. Jeśli podejdzie się do nich odpowiednio, to są wdzięczne we współpracy i poddają się naszej woli; i przede wszystkim są fajnym materiałem do treningu, bardzo szybko możemy zobaczyć efekty i zobaczyć, jak to zwierzę, które jest lustrzanym odbiciem człowieka reaguje na zmiany w nastawieniu, charakterze czy na nasz stres.

W czym – i w jaki sposób – sesja z osłem może pomóc skoczkowi narciarskiemu?
Maciej KOT: – Pierwszy krok to jest akceptacja tego, że można się o sobie dowiedzieć czegoś nowego i niekoniecznie są to same dobrze rzeczy. Można poznać swoje słabe i mocne strony. Doktor Harald Pernitsch, który prowadził te zajęcia nie zna nas aż tak bardzo dobrze osobiście i obserwując z boku nasze zachowanie – to, jak wykonujemy ćwiczenia i jak osioł reaguje – jest w stanie pewne rzeczy wydedukować i muszę powiedzieć, że są to trafione uwagi. Czasami mam wrażenie, że on tego nie może wiedzieć, a na podstawie tego jest w stanie zinterpretować. Tak więc po pierwsze poznanie samego siebie i praca nad tym, a druga sprawa to trening swojego charakteru i słabych stron, gdzie poprzez kolejne sesje możemy popracować nad cierpliwością, pewnością siebie, swobodą ruchu, relaksem. Wszystko dobierane jest wedle potrzeb.

Sztuka cierpliwości

To czego ciekawego dowiedział się pan o sobie? Coś pana zaskoczyło?
Maciej KOT: – Szczerze mówiąc, to wiele rzeczy mnie nie zaskoczyło jeśli chodzi o mój charakter. To, co wyszło od razu to nie są nowości dla mnie. Mała ilość cierpliwości. Nie mam jej na tyle, by bardzo długo, konsekwentnie pracować nad czymś. Jeśli to nie idzie, zaczynam się denerwować i robić to jeszcze mocniej. Druga rzecz, która bardziej mnie zaskoczyła, to czasami brak poczucia konkretnego celu, kierunku, w którym chcę iść. Przed rozpoczęciem jakiegoś etapu, treningu zawodnik musi wiedzieć, co chce osiągnąć. Jeśli wie, co chce zrobić w kolejnym kroku i w którym iść kierunku, wtedy wszystko jest dużo łatwiejsze w wykonaniu i skuteczniejsze.

Maciej KOT

Jeden z nielicznych miłych chwil w minionym sezonie – drużynowa wygrana w Zakopanem.
Fot. Kacper Kirklewski/400mm.pl

Opowie pan coś więcej o tych treningach z osłami? Wiem, że z inicjatywą wyszedł trener Horngacher.
Maciej KOT: – Treningi odbywały się pod okiem doktora Pernitscha. Musi to być osoba kompetentna, by nam pomóc i taka, która zna osły. Te zwierzęta też nie są byle jakie, tylko wyszkolone do pracy z ludźmi. A treningi odbywały się w okolicach Innsbrucku, w Austrii. Spotkań było około czterech, pięciu.

To był taki „ostateczny ratunek”, bo nic innego nie działało?
Maciej KOT: – To właśnie nie był ratunek, tylko to było jakby poszukiwanie kolejnego procenta. Na najwyższym poziomie wszyscy trenują podobnie, mają podobny sprzęt. I powiedzmy, że jeżeli dziesięciu najlepszych zawodników na świecie wejdzie w odpowiedni rytm, złapie formę, to wszystko się rozgrywa o te procenty. To nie była sytuacja jak to się mówi „tonący brzytwy się chwyta”, tylko poszukiwanie kolejnego elementu do całej układanki, który mógłby jeszcze pomóc, który sprawi, że będziemy skakać jeszcze lepiej.

Czyli te rezerwy, o których tak często mówicie.
Maciej KOT: – Tak, właśnie rezerwy, coś nowego. Z Piotrkiem podjęliśmy to wyzwanie, u niego zadziałało to bardzo szybko, bo ten sezon był dużo lepszy, niż poprzedni. U mnie można powiedzieć, że wszystko działa z opóźnieniem, jeśli chodzi o ten trening z osłem.

Za szybko, za dużo

Zrobił już pan sobie taki sportowy rachunek sumienia po tym sezonie?
Maciej KOT: – Tak, bardzo szybko przyszedł czas na rachunek sumienia. Mam tak, że kiedy sezon się kończy, przechodzę do analizy i już myślę o kolejnym, co można zrobić lepiej, co nie wyszło. Szczerze mówiąc, tych zapisków było dość sporo, więcej niż w poprzednich latach. Myślę, że najwięcej błędów zostało popełnionych w lecie, kiedy sobie w głowie – po rozmowach ze Stefanem – układałem plan, co chciałbym zrobić, co poprawić. I myślę, że pomysł na bardzo duże zmiany, szczególnie w technice, był błędny. Bardzo dużo i szybko chciałem zmienić, żeby powrócić do takiego skakania, jak w sezonie, gdy wygrywałem konkursy w Pucharze Świata, albo skakać nawet lepiej,. I to był błąd, bo zamiast skakać według naturalnej techniki, swobodnie, chciałem wszystko zmienić, żeby skakać idealnie, według schematu nakreślonego przez trenera, przed doktora Pernitscha, który wypracowaliśmy na platformie dynamometrycznej.

Za bardzo weszliście w świat technologii?
Maciej KOT: – A w skokach czasem potrzebna jest swoboda i dobre czucie. Nie zawsze skoki idealnie nałożone na jakiś wzór z podręcznika dają najlepsze rezultaty. Za bardzo odszedłem od naturalnego skakania na rzecz bardzo szczegółowego i naukowego. Na pewnych elementach bardzo się koncentrowałem i później to spowodowało, że straciłem czucie, nie wiedziałem, co jest dobre, a co złe. Czasami wszystko z zewnątrz wyglądało dobrze, a ja miałem złe czucie. Czasami jest tak, że jeśli coś wejdzie w nawyk, odda się dwieście skoków według założonej techniki, ciężko jest wrócić do dobrego. U mnie zimą nawyki ruchowe były złe, a ja cierpliwie trzymałem się planu, tego nauczyły mnie osły, żeby konsekwentnie realizować plan. Ale plan był według mnie nietrafiony. Nie mam pretensji do sztabu szkoleniowego, bo plan jest nakreślony bardzo podobnie dla grupy i później robi się go indywidualnie dla zawodników. Ale jesteśmy na tyle doświadczeni, że musimy go zinterpretować i wprowadzić w życie. A ja źle zinterpretowałem te pomysły. Jak widać, wyszła u mnie nadgorliwość, chciałem zrobić za dużo, bo reszta nie miała z tym problemu patrząc na wyniki. Stefan Horngacher też jest bardzo ambitnym gościem, zawsze widział u mnie potencjał, nie hamował mnie i wierzył, że dam sobie radę.

Okazało się, że lepsze jest wrogiem dobrego? Przedobrzył pan?
Maciej KOT: – Po poprzednim sezonie, mniej udanym niż sezon mistrzostw świata w Lahti, trzeba było zrobić krótką analizę i zrobić krok w tył, wracając do tego, co było rok wcześniej. A my zamiast tego chcieliśmy dużo zmienić i zrobić jeszcze lepiej. Na bazie dobrych skoków można później zbudować coś więcej, a do budowania czegoś nowego potrzeba więcej czasu. Ja piętnaście czy osiemnaście lat skaczę wedle jakiejś techniki, w pół roku ciężko jest to zmienić.

Niespłacony dług zaufania

Mówi pan, że nie ma pretensji do sztabu. Stefan Horngacher długo na pana stawiał. Był pan jego trenerskim wyzwaniem?
Maciej KOT: – Stefan kilkakrotnie mi to mówił, że mogę spokojnie pracować, realizować ten plan i mam jego zaufanie. Wierzył, że szybko wrócę na dobre tory i… szczyt. Widział mój potencjał i możliwości do wygrywania Pucharów Świata. Było mi bardzo przykro, kiedy tych jego nadziei nie mogłem zrealizować i w pewnym sensie spłacić tego długu zaufania. Długo wierzyłem, że to wszystko dobrze pójdzie, ale przyszedł moment, kiedy trzeba było się przyznać do porażki i spróbować optymistycznie zakończyć sezon. Pojawiły się też te plotki o odejściu Stefana i bardzo nie chciałem rozstawać się z nim w takim momencie naszych karier, gdzie nie spełniłem jego oczekiwań. Wiadomo, że dużo łatwiej byłoby się pożegnać po rewelacyjnym sezonie. Tu było inaczej, ale mogę o nim powiedzieć, że był najlepszym trenerem. Choć ciężko to porównywać jest jednym z najlepszych trenerów na świecie i wiem, że ja nie zrealizowałem jego pomysłu, nie spłaciłem długu. I już nie spłacę. Ale rozstaliśmy się będąc w dobrych relacjach. On sam był zawodnikiem i wie, jak to wygląda od tej strony i że chęci nie zawsze przekładają się na formę na skoczni. Ale mam nadzieję, że będzie wspominał dobre lata i to, jak ciężko pracowałem.

W pewnym momencie trafił pan pod skrzydła trenera Macieja Maciusiaka. Pomogła wspólna sportowa przeszłość? Ta praca przyniosła jakiś progres?
Maciej KOT: – Na pewno pomogła nam wspólna przeszłość, jeszcze z kadry B, bo gdy rozpoczynamy pracę z nowym trenerem ważne jest, by szybko obdarzyć się zaufaniem. Ciężko komuś zaufać z dnia na dzień. Z Maćkiem bardzo dobrze nam się współpracowało w kadrze B, więc od razu porozmawialiśmy, mieliśmy wspólny pomysł. To dało efekt, skoki z ostatniego weekendu w Planicy były już dużo lepsze, niż na przykład te z Willingen, czyli z czasu, gdy ostatni raz skakałem w Pucharze Świata przed tą przerwą. I ważne dla mnie było to, że Stefan to zobaczył, bo w Planicy podszedł do mnie i powiedział, że widzi różnicę, że to dobra droga. Ale ciężko, by od razu poszły za tym wyniki. Trzeba te skoki ustabilizować.

Czyściec dla zbłąkanych

Wrócił pan też do startów w Pucharze Kontynentalnym. W tym sezonie przewinęło się w tym cyklu kilka znanych nazwisk, jak Gregor Schlierenzauer, Severin Freund, Simon Ammann. No i Maciej Kot. Dla skoczka, którego codziennością jest Puchar Świata, to krok w tył?
Maciej KOT: – Bardzo dużo zależy od podejścia. Na początku oczywiście jest to krok w tył, jeśli chodzi o hierarchię zawodów. Ale jeśli ktoś pozytywnie do tego podejdzie, może być to krok w przód. Jeśli ktoś zaakceptował swoją sytuację i podjął wyzwanie powrotu do tych zawodów – a mimo wszystko są one bardzo ciężkie – i daje sobie możliwość skakania na luzie. U mnie to był krok w przód. Decyzję podjęliśmy wspólnie ze Stefanem, miałem wybór. To są specyficzne i ciężkie zawody, w Pucharze Świata wszystko jest kontrolowane, od warunków, przez sprzęt, po kwalifikacje. Całość jest na dużo wyższym poziomie. Na Pucharze Kontynentalnym nie ma tej oprawy, mediów, kibiców. Ale poziom jest wyrównany, jest dużo zawodników, często skacze się na starych, trudnych skoczniach. To było wyzwanie, ale widać po zawodnikach z nazwiskami którzy tam skakali w tym sezonie, że jest to jakieś wyjście,eby wrócić do formy. To taki „czyściec” dla zbłąkanych narciarskich dusz.

Jakby tego pecha było mało w tym sezonie, w jednych z tych zawodów miał pan przygodę z butem.
Maciej KOT: – Jak coś nie idzie, to po całości. Pierwszy weekend w Niemczech był całkiem niezły. W Norwegii od treningów skakałem bardzo dobrze, była nadzieja na to, aby powalczyć o podium i dać sygnał, że mogę wrócić na Raw Air. Na każde zawody bierzemy dwie pary butów do skakania. W Pucharze Świata, oprócz Japonii i Rosji, na zawody jedzie z nami bus serwisowy i dużo rzeczy można wrzucić, więc mam zapasowe, a dwie pary zabieram do torby. A lecąc nawet do Norwegii na Puchar Świata, budżet na podróże jest dużo większy i za nadbagaż można zapłacić. Kadra B w Pucharze Kontynentalnym nie ma takiego budżetu, trzeba oszczędzać. Można było zabrać jedną torbę, pilnowałem limitu wagowego, musiałem z jednych butów zrezygnować i wziąłem jedną parę. I przed skokiem konkursowym podeszwa odkleiła się od reszty buta. Tam jest metalowy nit, który jakimś cudem pękł. Powiedziałem starterowi, że mam problem z butem. Na górę przyjechał serwismen Kamil Skrobot i okleiliśmy but taśmą. Skoczyłem, ale w locie było ciężko, ratowałem się przed upadkiem.

Mniej mówić, więcej robić

Gdzie jest teraz próg ambicji Macieja Kota? Gdzie pan mierzy?
Maciej KOT: – Teraz mamy bardzo ciężkie treningi na sali. Nie lubię tego etapu, ale jest potrzebny i na nim się teraz koncentruję. Steram się też odbudować psychicznie i regenerować organizm. W głowie układa mi się już plan na to, jak będą wyglądać przygotowania. Zaraz po Planicy mieliśmy spotkanie z nowym trenerem, by pewne rzeczy przedyskutować. Mam od pewnego czasu zasadę: mniej mówić, więcej robić. Nie dawać sobie sztywnych celów wynikowych, bo wynik może być, ale mimo ciężkiej pracy nie zawsze jest. Muszę skupić się na przygotowaniach, a jak wejdziemy na skocznię, to nie kombinować zbyt wiele w technice. Ambicji nigdy nie braknie, więc kibice mogą być spokojni – ambicja nie zeszła w dół. Chcę podejść do tego od innej strony. Robić swoje, przygotować się jak najlepiej.

To był trudny sezon dla pana, ale jakieś fajne momenty też pewnie były? W Zakopanem był pan na trzecim miejscu z drużyną.
Maciej KOT: – Zawsze trzeba szukać pozytywów. Nie jest też tak, że mimo bardzo słabych wyników sezon jest cały do zapomnienia. Można wyciągnąć dużo nauki. Momentów fajnych było rzeczywiście kilka. To podium w Zakopanem, w jedynym konkursie drużynowym, w jakim startowałem. Ale też zakończenie w Planicy, nie do końca szczęśliwe, bo niewiele brakło, by zakończyć z dodatkowymi punktami, ale skoki powyżej 210 metra dają radość, to fajna przygoda dla skoczka skoczyć na tym mamucie.

O czym w kwietniu myślą skoczkowie narciarscy? Chyba bliżej wam jednak do kontynuacji pracy niż urlopów.
Maciej KOT: – Wakacji za bardzo nie ma. Większość ludzi myśli, że my po Planicy mamy miesiąc czy dwa wolnego. A my mieliśmy dwa dni wolnego, od środy już był obóz w Zakopanem połączony z treningami. Świąteczny tydzień będzie nieco luźniejszy. Ale oprócz treningów mamy mnóstwo innych spraw. To już tak jest, wiem po sobie, że wszystko zostawia się na „po sezonie”. A jak on się kończy to jest cała lista spraw, którą trudno ogarnąć. Oprócz tego są obowiązki sponsorskie, medialne…

Czas Doleżala

Teraz w polskich skokach nadszedł czas Michala Doleżala. Jakby pan go opisał, on dla kibiców jest nieco tajemniczą postacią.
Maciej KOT: – Jest tajemniczą postacią, bo pracował w cieniu Stefana Horngachera, bo to na niego były zwrócone wszystkie oczy. On wychodził do mediów, był na świeczniku. Michal bardzo dużo się od niego nauczył, w pewnym sensie Stefan sam namaścił go na swojego następcę. To jest bardzo fajny, przyjazny facet. Ma bardzo dużą wiedzę i zna kilka języków- japoński, polski, czeski, angielski, niemiecki, w innych też potrafi się jakoś porozumiewać. Pracując ze Stefanem był odpowiedzialny bardziej za sprawy techniczne, szycie kombinezonów, pilnowanie, by były zgodne z przepisami, poprawki, kontrole sprzętu, odpowiadał też za fazę lotu. Na zawodach stał na wieży, gdzie sędziowie oceniają skok, pilnował warunków, dawał uwagi odnośnie fazy lotu. Spokojnie da sobie radę, on wie, jakie to wyzwanie i jaka presja na nim spoczywa. Przez te lata zżyliśmy się ze sobą, mamy podobne zainteresowania; gramy na gitarze, kibicujemy temu samemu klubowi – Juventusowi. Łączy nas parę rzeczy i dobrze się zawsze dogadywaliśmy.

Właśnie miałam pytać, czy pogra na gitarze, jak Stefan Horngacher.
Maciej KOT: – Myślę, że jeszcze trochę mu brakuje do Stefana, bo on gra jakieś dwadzieścia lat. Gra rewelacyjnie, mógłby nawet wziąć gitarę i zagrać koncert.

A u was, z Piotrem Żyłą, gitara dalej jest na topie?
Maciej KOT: – Myślę, że gitara nigdy nie była u nas na pierwszym miejscu. Może u Piotrka, on bardzo rozkochał się w gitarze. Mnie czasami zdarzało się nie zabierać gitary na obóz czy zawody, a on zawsze ją zabierał i gra dużo więcej ode mnie. Ale Piotrek ma taki charakter, że jak znajdzie sobie jakieś zajęcie, to bardzo mocno się tego trzyma. Dla mnie gitara to sposób na przyjemne spędzenie czasu i możliwość rozwoju, ale nie gram z przymusu. Jakoś trzeba regenerować się fizycznie i psychicznie. To podpowiedział nam Stefan Horngacher i to się sprawdziło, więc będziemy tę przygodę kontynuować.

Podsumowując naszą rozmowę, podobno kot zawsze spada na cztery łapy. Maciek Kot też spadnie?
Maciej KOT: – Myślę, że tak. Tak mają koty. Zżyłem się z tym nazwiskiem. Lubię koty, to zwierzęta, które rzeczywiście spadają na cztery łapy, chodzą swoimi ścieżkami, dostają zazwyczaj to, czego chcą. Mam nadzieję, że po tym sezonie też spadnę na cztery łapy, mając te dziewięć, czy siedem żyć (śmiech), będę dalej ciężko pracował, bo to jest podstawą sukcesu i podążał na nowym planem.

 

Na zdjęciu: Maciej Kot wierzy, że jeszcze dużo dobrego skakania przed nim.

 

Komentarze