Zobacz
Do góry

Krzysztof Kołaczyk: I znów robię to, co kocham najbardziej

Rozmowa z Krzysztofem Kołaczykiem, wychowankiem Rakowa Częstochowa, asystentem Dariusza Gęsiora w reprezentacji Polski do lat 16.

Niebawem skończysz 50 lat. Zmuszę cię więc, na tę okoliczność, do… przećwiczenia pamięci. Październik 1986 roku i mecz Górnika Zabrze z Widzewem Łódź. W drugiej połowie, jako gracz Górnika, zmieniłeś Ryszarda Komornickiego. I za chwilę strzelasz dla zabrzan czwartego gola, pokonując Henryka Bolestę. Wracasz do tego momentu?

Krzysztof KOŁACZYK: – Czy wracam… Takich rzeczy się nie zapomina. Marek Kostrzewa zagrał do mnie szeroko, ja mu odegrałem. On pociągnął lewą flanką, tak w swoim stylu. Ja wbiegłem w „szesnastkę”, a Marek ze swojej „lewaśki” pięknie to dorzucił i ja takim prawie szczupakiem uderzyłem w kozioł tuż przy słupku. To była dla nas czwarta bramka.

Pisano i mówiono, że Górnik ma drugiego Włodzimierza Lubańskiego.

Krzysztof KOŁACZYK: – Nawet zwracano się do mnie „Luba”. Miałem taką ładną grzywkę, jak pan Włodek. I Waldek Matysik tak to wymyślił, że będę „Lubą”. Nowym „Lubą”. Kibice i koledzy z drużyny cieszyli się po tym moim trafieniu na 4:0 jakbyśmy strzelili pierwszą bramkę. Ale proszę… Nie każ mi liczyć, ile lat od tej chwili minęło.

Minęło wiele, a ty wciąż przy piłce.

Krzysztof KOŁACZYK: – Życie się różnie układało, także to piłkarskie, ale to właśnie piłka nożna jest moją największą przygodą.

Masz czego żałować, bo „Lubą” nie zostałeś.

Krzysztof KOŁACZYK: – Pewnie, że tak. Większość kolegów zrobiła karierę – większą, mniejszą, ale poradziła sobie lepiej niż ja, jeśli chodzi o piłkę. Z tego punktu widzenia na pewno jest we mnie duży niedosyt. Ale z tego czasu pozostało mi mnóstwo znajomości, kontaktów. To bardzo cenna rzecz w życiu, na którą mocno zwracam uwagę.

Zaczęliśmy od Zabrza. Ale to Raków Częstochowa wypuścił na szerokie wody tak utalentowanego gracza jak Krzysztof Kołaczyk.

Krzysztof KOŁACZYK: – Wszystko zawdzięczam Rakowowi i trenerowi Zbigniewowi Doboszowi. On mnie zaczarował futbolem, wręcz zahipnotyzował. Spałem oddychałem i myślałem tylko o piłce. Przychodziłem na nasz stadion, pierwszy raz 41 lat temu, czasem godzinę przed treningiem. Na asfaltowym boisku grałem na małe hokejowe bramki, żeby jeszcze szlifować technikę. Dobosz był fantastycznym nauczycielem, wychowawcą, psychologiem. Ale… Eksploatowany byłem strasznie w wieku 13, 14, 15, 16 lat. Zaliczałem około 400 treningów w roku. Grałem, wliczając w to sparingi, 100, a bywało, że nawet 130 spotkań w ciągu tych 12 miesięcy. Występowałem w dwóch młodzieżowych reprezentacjach Polski. I pewne trybiki zaczęły się zacinać. Czasy były takie, jakie były. Siermiężne. Może trener Dobosz i inni tego nie dostrzegali, ale ja po latach widzę, że kilka rzeczy zaważyło na moim zdrowiu i tych przykrych sytuacjach z urazami, które mnie dopadły. To pewnie temat na inną dyskusję, długą dyskusję, ale mam przed oczami czerwoną poduszkę po tym, gdy w nocy z wysiłku leciała mi z nosa krew. Ale nie narzekałem, bo chciałem być piłkarzem.

Stosując pewien skrót czasowy, szybko odnalazłeś się jednak w życiu poza zawodniczym.

Krzysztof KOŁACZYK: – Ale ciągle przy futbolu.

Ratując od upadku Raków.

Krzysztof KOŁACZYK: – Jak sobie to przypomnę, to nie wiem, czy dziś porwałbym się na to wszystko. To było szaleństwo. Dziś trochę nawet podziwiam siebie, że ja to wszystko przetrzymałem. Przetrzymały rodziny zawodników, trenerów i działaczy związanych z tym klubem. Bardzo im za to dziękuję, bo mało kto dzisiaj o tym pamięta. Byliśmy potwornie zadłużeni, gdy zdecydowaliśmy się rozpocząć działać razem z Jurkiem Brzęczkiem. W krytycznym momencie nasze, jako stowarzyszenia, zobowiązania sięgały około miliona dwustu tysięcy złotych. Przed „Piłkarską gwiazdką” 2010 zamierzaliśmy już złożyć broń. Poddać się, bo dzień przed imprezą ISD Huta Częstochowa ostatecznie oznajmiła, że nie wróci do sponsorowania klubu. Ale nie odpuściliśmy. Mobilizowali nas kibice, te okrzyki na tej „gwiazdce” do dziś pamiętam: „Był będzie jest, Raków RKS”.

Pojawił się też Kuba Błaszczykowski…

Krzysztof KOŁACZYK: – I on się stał takim naszym stemplem, takim znakiem odradzającej się jakości. Gdy jeździłem po ZUS-ach, urzędach skarbowych, sponsorach i rozmaitych instytucjach ten temat Kuby się pojawiał. A on był wtedy niezwykle popularny. Dzięki temu rozmowy o Rakowie często przybierały pozytywny obrót. W walce o życie klubu w pierwszych dwóch latach przyświecała mi jedna zasada: choćby wszystko się sypało i waliło, odbieram każdy telefon, od wszystkich osób wobec których klub miał zadłużenie i negocjuje terminy spłat. Nie było chowania głowy pod biurko. To była nasza naczelna zasada. W końcu pojawiło się kilku ludzi, sponsorów, którzy uznali, że mogą dawać większe pieniądze, ale trzeba zarejestrować spółkę.. Spółka skonsolidowała takich ludzi, jak wspomniany Jurek Brzęczek, Artur Gorzelak, Hubert Całek, Piotr Pieniążek, Andrzej Gołaszewski, którzy chcieli pomagać. Zbudowało to fundament pod to wszystko, co zaczęło się dziać. Osobą, której trzeba jeszcze złożyć pokłon, to Boguś Gonera, który cały czas wrzucał nam trochę grosza

Potem nadszedł Michał Świerczewski i jego x-kom.

Krzysztof KOŁACZYK: – Pamiętam… Przyszedł do klubu e-mail, że jakaś firma jest zainteresowana współpracą. Spotkaliśmy się, porozmawialiśmy i tak to się zaczęło. W lipcu 2011 roku ogłosiliśmy, że Raków pozyskał sponsora strategicznego. Krok po kroku zaczęliśmy wychodzić z kryzysu. Kreślono pierwsze plany, scenariusze i w końcu zaczęto się skupiać na aspekcie sportowym.

Wszystko wokół Rakowa zaczęło się toczyć jakby na wyższym biegu.

Krzysztof KOŁACZYK: – W 2013 roku Michał Świerczewski przedłużył umowę sponsorską z Rakowem i zdecydował się na przejęcie sterów spółki. Wiedział już, czego chce i chyba to sobie dobrze to rozplanował. Uważam go za bardzo inteligentnego, błyskotliwego człowieka z wielkim biznesowym talentem.

Michał Świerczewski dziś jest twórcą ekstraklasowego Rakowa, przynajmniej w wymiarze organizacyjnym. Ale ciebie, ani Jurka Brzęczka, nie ma w częstochowskim klubie. Obaj odchodziliście z klubu w mało przyjemnej atmosferze.

Krzysztof KOŁACZYK: – Jeśli chodzi o Jurka, to mogę tylko powiedzieć, że bardzo mocno przeżyłem jego zwolnienie, bo gdyby nie on, to Rakowa nie byłoby dzisiaj w tym miejscu, w którym jest. Co do mnie, była to jedna z najtrudniejszych moich decyzji w życiu, którą musiałem podjąć. Nie pozostawiono mi jednak innego wyboru.

W międzyczasie miałeś krótką przygodę trenerską z pierwszą drużyną Rakowa.]

Krzysztof KOŁACZYK: – Poproszono mnie o przejęcie drużyny po zdymisjonowaniu Radosława Mroczkowskiego. Bez wahania się zgodziłem. Po bardzo dobrej końcówce rundy jesiennej – przypomnę, że pod moimi skrzydłami w sześciu meczach zdobyliśmy 13 punktów – nadeszła słabsza runda wiosenna. Pomagał mi Przemek Cecherz. Dziś kilka rzeczy zrobiłbym inaczej, ale popełniłem jeden błąd. Otóż za bardzo zaufałem pewnym osobom. Daliśmy potworną plamę w spotkaniu z Tychami. Porażka 1:8, potem niepowodzenie w Bytomiu, gdzie byliśmy drużyną zdecydowanie lepszą od Polonii, ale nie zdobyliśmy nawet punktu, zadecydowały o tym, że postawiono na kogoś innego.

Do Rakowa zaproszono Marka Papszuna, trenera bez dorobku, z futbolowym dossier bardzo ubogim jak na aspiracje częstochowian.

Krzysztof KOŁACZYK: – Pamiętam, że chyba pół roku wcześniej trener Papszun był już u nas na rozmowie kwalifikacyjnej. Wtedy jego osoba nie zyskała aprobaty właściciela. Pojawił się, gdy podziękowano mnie i Cecherzowi.

I Raków dostał nowe sportowe życie. Awans z II do I ligi, potem skok po ekstraklasy, po drodze kapitalne widowiska w rozgrywkach Pucharu Polski – futbolowo wyrósł Papszun na prawdziwego herosa.

Krzysztof KOŁACZYK: – Nikt mu nie odbiera sukcesów, bo to on za tym wszystkim stoi. Sprzyjały mu jednak okoliczności. Właściciel nie szczędził środków na wzmacnianie zespołu. Inwestował w kwestie okołopiłkarskie, by ten organizm pod nazwą Raków się rozwijał. Ale powtórzę jeszcze raz. To on, Marek Papszun, jako trener tego dokonał, dokonała drużyna z Częstochowy przez niego dowodzona. To on włożył dużo wysiłku, żeby to poukładać. Jest bardzo zaangażowany w to, co robi. Jednak nie można zapominać o innych osobach, które również miały i mają bezpośrednio wpływ na budowę drużyny Rakowa – sztab trenerski, skauting itd. Mam wrażenie, że nie do końca się w klubie o tym pamięta.

A charakterologicznie… Jak go odbierasz?

Krzysztof KOŁACZYK: – Opinie są różne. Bardzo różne. Wiem, że Marek jest trudnym człowiekiem, który bardzo dużo wymaga i bezwzględnie dąży do wyznaczonego celu. Że jego charakter i sposób bycia jawi się jako ciężki. Ale skoro zawodnik decyduje się na to, by w tym Rakowie, w którym on trzyma batutę występować, to musi go zaakceptować, bo jest zawodowcem, zarabia tu pieniądze. Z drugiej strony sport, w tym piłka nożna, powinien dawać wszystkim, radość, której nie da się porównać do niczego innego. Trener jest też człowiekiem, który ma lepsze i gorsze momenty. Musi jednak wiedzieć, że przyjdzie taki czas, kiedy stanie w obliczu niepowodzenia i co za tym idzie – ewentualnego zwolnienia. Papszun pracuje już z Rakowem bardzo długo, a przecież wyraźnego kryzysu jeszcze nie przechodził. Kiedy jego drużynę dopadnie ten zły czas, może mieć problem. A wtedy tak po ludzku większość osób może mu nie sprzyjać. Delikatnie mówiąc.

Są trenerzy innego pokroju?

Krzysztof KOŁACZYK: – Oczywiście, że są i chyba takich wolę. Pierwszy z brzegu, przepraszam, że tak mówię, to Waldek Fornalik. Zupełnie inny typ człowieka. I proszę – jak sobie można poradzić i z piłkarzami, i z ludźmi i zrobić wspaniały wynik – jak na polskie warunki.

Trudno jednak mówić, że Raków jest rewelacją rozgrywek ekstraklasy.

Krzysztof KOŁACZYK: – Gra jednak całkiem dobrze. Pamiętajmy, że Rakowa nie było na tym poziomie bardzo długo. Są pewne mankamenty. Trener Papszun nie zawsze dobrze oceniał przydatność zawodnika do drużyny, ale umówmy się, że nie ma ludzi, którzy się nie mylą. Szkoda jednak, że – moim zdaniem – nie wszyscy zawodnicy dostali jednakową szanse na pokazanie się i udowodnienie swojej przydatności do drużyny. Michał Świerczewski jest jak widać cierpliwy. Nie wyszło jesienne okienko transferowe, to inwestuje się środki w kolejne, to zimowe. Szuka się nowych koncepcji, z nowymi twarzami. Drużyna piłkarska jest jak żywy organizm, cały czas potrzebuje świeżej krwi.

Czy wśród tych niedocenionych piłkarzy jest Maciej Domański, który u trenera Papszuna nie dostawał za wielu szans? Kibice często powtarzali, że Papszun go nie docenia.

Krzysztof KOŁACZYK: – Tak uważam. Pamiętam, gdyż sam robiłem raport o jego przydatności, kiedy przychodził do nas z Puszczy Niepołomice. Widziałem, że mimo słabych warunków fizycznych, to gracz który bardzo wzbogaci nam linię środkową. Tymczasem rzeczywiście poszedł w odstawkę, a szkoleniowiec nie uczynił za wiele, żeby go zbudować, dodać mu wiary w umiejętności, które w mojej ocenie ma.

Po twoim epizodzie trenerskim z drużyną czerwono-niebieskich na to, co dzieje się w klubie, patrzyłeś z wysokości szefa Klubu Biznesu Rakowa. Sam go organizowałeś.

Krzysztof KOŁACZYK: – Trafiłem na świetnych ludzi. Potrafiłem się dogadywać z przedsiębiorcami i przybywało ich do naszego środowiska coraz więcej. W ciągu dwóch i pół roku podpisałem około 140 umów sponsorskich. To budowało markę samego klubu i dla mnie był to naprawdę wyjątkowy czas. Tworzyliśmy wszystko od podstaw, dlatego dawało tyle satysfakcji, gdy udawało się pokonywać kolejne przeszkody.

Aż przyszedł czas, że powiedziałeś dosyć. Odszedłeś z Klubu Biznesu, zrezygnowałeś z funkcji wiceprezesa Rakowa.

Krzysztof KOŁACZYK: – Tak jak wcześniej mówiłem, to była bardzo trudna decyzja. Ale gdy dostałem propozycję objęcia funkcji asystenta trenera Dariusza Gęsiora w reprezentacji U-16, ucieszyłem się, że mnie wreszcie ktoś docenił, dlatego nie mogłem przejść obojętnie obok tej oferty. Bardzo mi tego brakowało. Praca przy reprezentacji, głównie podczas zgrupowań, zasadniczo nie zajmuje dużo czasu. Ale gdy wyjaśniłem o co chodzi właścicielowi Rakowa, przyjął to w sposób, który mnie zaskoczył. Jego nowa propozycja skierowana do mnie była trudna do zaakceptowania. Dlatego decydowałem się odejść i znów robić to, co kocham najbardziej, pracować przy futbolu w sensie dosłownym. Mówi się, że wybrałem pracę w reprezentacji kosztem Rakowa. To nieprawda. Praca w reprezentacji dodałaby mi jeszcze więcej animuszu do pracy w klubie.

Odnosząc się do reprezentacji U-16. Jakie jest to nasze kolejne pokolenie piłkarskie?

Krzysztof KOŁACZYK: – Świadome, przynajmniej jeśli chodzi o piłkę nożną. Nie trzeba zawodnikom specjalnie tłumaczyć, jak należy podchodzić do obowiązków, jak się zachowywać, na co zwracać szczególną uwagę. Jest kilku naprawdę zdolnych graczy. Nie tylko tych mieszkających na stałem w naszym kraju. Potrafią się ze sobą porozumieć, nie ma żadnych niemiłych sytuacji. I trzeba w nich inwestować, by nie martwić się, co będzie z naszym futbolem za kilka lat.

Równolegle z reprezentacją U-16 zacząłeś coraz częściej zaglądać do Krakowa. I to nie przez przypadek.

Krzysztof KOŁACZYK: – Oczywiście, że nie – dostałem ofertę wsparcia swoją wiedzą i doświadczeniem Akademii Piłkarskiej Wisły Kraków. Dziś jestem w niej oficjalnym pełnomocnikiem zarządu Wisły S.A. do spraw nadzoru organizacyjnego i szkolenia. Jestem już po audycie tego, co się dzieje w akademii i teraz staram się wcielać w życie konkretne pomysły, aby to wszystko lepiej działało. Innymi słowy, by Wisła miała jeszcze więcej piłkarzy – wychowanków, bo to się po prostu opłaca.

Oglądałeś ligowy mecz Rakowa z Wisłą w Bełchatowie?

Krzysztof KOŁACZYK: – Tak, byłem na trybunach i po cichu miałem nadzieję, że mecz zakończy się remisem. Raków strzelił jednak tego jednego jedynego gola i zdobył komplet punktów. Ale sam mecz stał na słabym poziomie. Kibice mogli zgrzytać zębami.

Dla Wisły prawdziwą katastrofą byłby spadek.

Krzysztof KOŁACZYK: – Bez wątpienia. Dlatego trzeba wszystkimi siłami powalczyć o utrzymanie, choć sytuacja jest bardzo trudna. Tu już nie chodzi o same transfery nowych piłkarzy, ale podźwignięcie mentalne zespołu, żeby mógł uwierzyć, że jeszcze nie wszystko stracone.

Na zdjęciu: Krzysztof Kołaczyk – na zdjęciu z prezesem Rakowa Wojciechem Cyganem – pożegnał się z klubem i kibicami w Bełchatowie. Ale na pewno nie definitywnie.

Krzysztof Kołaczyk

Urodzony 21 stycznia 1970 roku.

Wychowanek Rakowa Częstochowa. Z tego klubu – jako niepospolity talent – trafił do wielkiego wówczas Górnika Zabrze, w którym grał w latach 1986-91 i dwukrotnie zdobył mistrzostwo Polski. Ale miał też długie przerwy spowodowane – najogólniej mówiąc – schorzeniami kręgosłupa. Można przyjąć, że w bardzo dużej mierze zaważyły one na przebiegu jego kariery.

Później występował w Odrze Wodzisław, Walce Makoszowy, Hetmanie Zamość, KS Myszków, Rakowie Częstochowa, Tłokach Gorzyce, Arce Gdynia, KS Myszków, Źródle Kromołów i na zakończenie kariery, w latach 2004-2007 ponownie w Rakowie.

15 marca 2010 został prezesem Rakowa, próbując wespół z Jerzym Brzęczkiem ratować klub. Ten przetrwał, a dzisiaj – po zmianach własnościowych i strukturalnych – występuje w ekstraklasie

Komentarze