Książę stał się Królem i… ojcem

W klatce jest bezwzględny. Prywatnie to bardzo miły i ułożony mężczyzna, który ceni sobie życie rodzinne. Zdobywając pas mistrza UFC cieszynianin Jan Błachowicz przeszedł do historii polskiego MMA.


Nad Wisłą w sportach walki przez lata prym wiódł boks. Poza przebłyskami kick-boxingu trudno było znaleźć dla niego równorzędnego konkurenta. Wydarzenia w ringach i oktagonach w 2020 roku mogą jednak zmienić ten trend na korzyść MMA, choć kryzys w boksie chcą wykorzystać także organizatorzy gal na gołe pięści.

Długa droga do sukcesu

Jan Błachowicz na swój największy sukces w karierze czekał 13 lat, licząc czas od debiutu w mieszanych sztukach walki na gali Full Contact Prestige. Wcześniej zbierał szlify w boksie tajskim i grapplingu, gdzie również radził sobie świetnie, sięgając między innymi po mistrzostwo Polski w kat. powyżej 91 kilogramów.

Kilka miesięcy po debiucie w MMA został zakontraktowany w raczkującym dopiero KSW. Tam powoli budował swoją pozycję, wygrywając trzy turnieje eliminacyjne, by w 2011 roku sięgnąć po mistrzostwo tej organizacji w wadze półciężkiej. Dzierżył je nieprzerwanie trzy lata, dwukrotnie broniąc mistrzowskiego pasa. W 2014 roku zainteresowało się nim UFC – największa organizacja mieszanych sztuk walki, która planowała ekspansję na Europę i wyraziła chęć organizacji w niej swoich gal.

Polska ekspansja

Dana White, jedna z osób, które uratowały tę federację przed bankructwem i zarazem jej prezydent, nie miał dotychczas zbyt wiele szczęścia do polskich zawodników. W UFC występowali wtedy między innymi Tomasz Drwal i Daniel Omielańczuk, jednak nie spełnili pokładanych w nich nadziei. Wcześniej po raptem jednej walce został zwolniony Maciej Jewtuszko.

Jednak plan ekspansji na Europę zmienił sytuację. W UFC, poza Błachowiczem, pojawiły się m.in dwie zawodniczki – Joanna Jędrzejczyk i Karolina Kowalkiewicz. Cała trójka odcisnęła swoje piętno na amerykańskiej federacji. Jędrzejczyk w 2015 roku, po raptem dwóch walkach otrzymała możliwość rywalizacji o pas kategorii słomkowej, którą wykorzystała i jako pierwsza Polka zdobyła mistrzostwo UFC. Rok później obroniła tytuł w pojedynku z Kowalkiewicz.

Błachowicz w tym czasie nie miał tak wysokich notowań, co panie. Owszem, wygrał w debiucie, pokonując przez techniczny nokaut Ilira Latifiego, jednak w kolejnej walce przegrał z Jimim Manuwawą. Porażka była podwójnie bolesna. Błachowicz przegrał na pierwszej gali UFC organizowanej w Polsce. W kolejnych walkach radził sobie ze zmiennym szczęściem. Trzeba jednak przyznać, że federacja nie ułatwiała mu drogi. Musiał mierzyć się z wymagającymi rywalami, m.in. Coreyem Andersonem czy Alexandrem Gustafsonem. Obie te walki przegrał.

Przebudzenie

Początkowy bilans Błachowicza w UFC (2-4) nie napawał optymizmem. Można było mieć nawet obawy, że były to za wysokie progi dla Polaka. Sytuacja zmieniła się po kolejnej gali w Polsce. W 2017 roku pokonał w Gdańsku Devina Clarka duszeniem zza pleców, za co nawet otrzymał nagrodę za poddanie wieczoru.

Od tego momentu jego kariera nabrała tempa. Zrewanżował się Manuwawie za porażkę z Krakowa, a w oktagonie UFC można było wyczuć, że to nie jest wcale szczyt „cieszyńskiego Księcia”. W kolejnych pojedynkach albo zgarniał nagrodę za walkę wieczoru albo za najlepszy występ gali. Nawet porażka z Thiago Santosem nie wybiła go z rytmu. Dana White docenił umiejętności Błachowicza i na początku tego roku Polak skrzyżował rękawice z Coreyem Andersonem. Od wyniku tego starcia zależało, czy zawodnik z Cieszyna otrzyma szansę na walkę o pas. Błachowicz nie tylko wygrał, ale także spektakularnie znokautował Amerykanina. Wszystko wskazywało na to, że Polak zawalczy o pas z Jonem Jonesem, który był w posiadaniu mistrzostwa.

Mijanka z Jonesem

Negocjacje utrudniły pandemia oraz niechęć Amerykanina do kolejnej obrony tytułu.
– Jedyną rzeczą, która nie udała się Błachowiczowi w mijającym roku, to stoczenie pojedynku z Jonesem. Legenda UFC zdecydowała się przejść do kategorii ciężkiej i Polak mierzył się o zwakowany pas z Reysem, który wcześniej z Jonesem przegrał, choć stoczył równą walkę i wiadomo było, że będzie groźny – mówi Michał Przybycień, dziennikarz Interii.

Polak rozprawił się z rywalem pod koniec drugiej rundy i sięgnął po swój największy sukces w karierze. Oczywiście Błachowicz nie chciał odpuścić niepokonanemu od 11 lat Jonesowi. „Cieszyński Książę” liczył na to, że Amerykanin w końcu zgodzi się wejść do oktagonu i zawalczyć z Polakiem, jednak ostatnie miesiące pokazały, że bardziej prawdopodobnym pretendentem do walki o pas będzie Israel Adesanya, obecny champion wagi lekkiej.

– Walka dwóch mistrzów zawsze wzbudza wielkie zainteresowanie. Tak będzie na pewno i w tym przypadku, bo Nigeryjczyk jest postacią kontrowersyjną. Nikt go jeszcze nie pokonał. To zawodnik na pewno szybszy od Błachowicza i bardzo niewygodny. Ma jednak podobne warunki fizyczne do Reyesa. Jeśli Polak go trafi, to skończy walkę – dodaje Przybycień.

Ludzka twarz MMA

Triumf Polaka ma kilka wymiarów. Przede wszystkim jest dla niego sukcesem i nagrodą za 13 lat ciężkiej pracy. Z drugiej strony fani UFC z wielu stron świata mogą zainteresować się polskim MMA tym bardziej, że do amerykańskiej organizacji dołączył ostatnio Mateusz Gamrot, a świetny rok zaliczył także Marcin Tybura, który w tym roku nie przegrał. Zwycięstwo Błachowicza może też zmienić podejście do samego MMA w Polsce.

– Błachowicz pokazał ludzką twarz MMA. Ten sport na szczęście już dawno przestał kojarzyć się z „bandyterką”, ale argumenty o patologii wracają po obejrzeniu niektórych gal. Z kolei zawodnik z Cieszyna przybliżył MMA zwykłym kibicom czy nawet gospodyniom domowym – mówi Przybycień.

Po swoim zwycięstwie Błachowicz często pojawiał się w mediach nie tylko zajmujących się tematyką sportową. Stał się mimochodem ambasadorem polskiego MMA.

– Po sukcesie w UFC dobrą PR-ową robotę dla mieszanych sztuk walk zrobiła Joanna Jędrzejczyk. Teraz to samo robi Błachowicz, co już przełożyło się na zainteresowanie MMA. Trzeba pamiętać, że mieszane sztuki walki to nadal sport rozwijający się, choć już nie tak skokowo, jak dawniej. Zainteresowanie jednak cały czas rośnie i Błachowicz ma w tym swój spory udział – dodaje dziennikarz.

W granicach rozsądku

Biorąc pod uwagę rozwijający się rynek sztuk walki, postać Błachowicza może pomóc w promowaniu MMA. Jest on zdominowany przez boks, choć w 2020 roku – mimo kilku mistrzowskich pojedynków – żaden z polskich zawodników nie odniósł w ringu sukcesu. Swoje próbują uszczknąć federacje organizujące brutalne walki na gołe pięści. MMA wydaje się być w tym katalogu najbardziej wszechstronne, zachowując przy tym pewną granicę zdrowego rozsądku i bezpieczeństwa, którą przełamały „Gromda” i „Wotore”. Pokazały one na organizowanych przez siebie galach niezwykłą brutalność. Dodatkowo brały w nich udział osoby o wątpliwej przeszłości, m.in. w ostatnim wydarzeniu „Gromdy” bił się zawodnik, któremu postawiono zarzut rozboju. Oczywiście w MMA również pojawiały się takie osoby, jednak w ostatnich latach już nie się to nie zdarza.

Rok pełen wyzwań

Błachowicza czeka niezwykle trudny czas. Z jednej strony Polak będzie musiał bronić pasa mistrzowskiego, z drugiej zaś sporo energii musi poświęcić rodzinie. 15 grudnia urodził mu się syn. Największym wyzwaniem będzie chyba jednak stawienie czoła popularności, która nieprzerwanie rośnie od zwycięstwa z Reyesem. Jak na razie Polak dobrze sobie z nią radzi.

– Wokół Błachowicza zaczęło się szaleństwo. Zdjęcia, autografy, wizyty w zakładach pracy, z czym nasz zawodnik bardzo dobrze sobie poradził. Pokazał zupełnie inną twarz niż w klatce. Tam jest bezwzględny. Prywatnie to bardzo miły i ułożony mężczyzna, który ceni sobie życie rodzinne. W końcówce roku właśnie na tym musiał się skupić – kończy Przybycień.

Na zdjęciu: Jan Błachowicz po zwycięstwie nad Dominickiem Reyesem został mistrzem UFC. Wokół niego zaczęło się istne szaleństwo.

Fot. Adam Starszyński/Pressfocus

Komentarze