Podwójne święta prezesa GKS-u Tychy. „To wyjątkowy czas. Wiem, jak moja rodzina cierpi”

Leszek Bartnicki w śląskim krajobrazie piłkarskim jest nową twarzą. 25 lipca złożył rezygnację z funkcji prezesa Motoru Lublin. Pożegnał się ze swoim rodzinnym miastem, a od 26 lipca rozpoczął pracę w GKS-ie Tychy.

– Gdy ludzie pytają mnie o to jak się czuję na Śląsku, to odpowiadam, że Tychy są fajnym miejscem do pracy – mówi Leszek Bartnicki.

– Widać, że wielu ludziom zależy tu na klubie. Jest to miasto ludzi gospodarnych, a stopa życiowa jest na niezłym poziomie. No i na pewno prezes każdego klubu chciałby mieć prezydenta miasta tak interesującego się klubem i żyjącego jego problemami. Andrzej Dziuba to ogromny atut tego miasta i duży plus – podkreśla.

Teraz sternik tyskiego klubu czeka już na święta. 

– Dla mnie Święta będą ważne i przyjemne z tego powodu, że jak wiadomo zawodowo jestem teraz związany z Tychami, natomiast rodzinę mam w Lublinie. Będę mógł więcej czasu poświęcić najbliższym, bo zostali pewnie trochę zaniedbani przez te ostatnie miesiące. Na pewno cieszę się więc, że będę z nimi. Dlatego wszystkim ludziom piłki życzę właśnie tego, żeby ten okres świąteczny mogli chociaż trochę oddać rodzinie. Każdy kto w piłce pracuje, bez względu na to czy jest działaczem, piłkarzem, trenerem, dziennikarzem sportowym, a także zaangażowany kibic wie jak rodzina cierpi i ile musi akceptować kompromisów – podkreśla.


Zobacz jeszcze: W GKS-ie Tychy nie ma co liczyć na spektakularne transfery


Jak prezes GKS spędzi święta? – Wigilię, a właściwie dwie spędzę w Lublinie. Jedna będzie u moich rodziców, a druga u rodziny mojej żony. Trochę będę więc musiał pojeść, ale postaram się, żeby wracając do Tychów – parafrazując cytat z kultowej komedii Stanisława Barei „Miś”, nie przywieźć żadnego dodatkowego kilograma obywatela z wyższym wykształceniem. Ale łatwo nie będzie, bo przy okazji rozmów z pracownikami GKS-u Tychy, którzy wymieniali tradycyjne śląskie dania wigilijne, nabierałem apetytu.

Mogę jednak powiedzieć, że nie ma jakichś ogromnych różnic między Śląskiem, a Lublinem. Zaczynamy od modlitwy i odczytania fragmentu z Ewangelii. Potem są życzenia i łamanie się opłatkiem, czyli chyba tak jak wszędzie. Natomiast pierwszym daniem u nas zawsze jest barszcz z uszkami, w których są grzyby. W tym roku będą to śląskie grzyby, które przywiozłem do Lublina. Dookoła Tychów jest sporo lasów, a moi współpracownicy wiedzą, że lubię się zrelaksować jadąc na grzybobranie. A po barszczu jemy karpia i różne rodzaje pierogów. U mnie w domu najczęściej są to pierogi z kapustą i grzybami oraz ruskie, a po nich śledzie oraz kutia.

Obecność tej potrawy na wigilijnym stole wynika z tego, że mojej świętej pamięci babcia Stefania pochodziła ze Lwowa. Danie może w innych częściach Polski nie jest tak znane, ale u nas ma wyjątkowe znaczenie. To bakalie, orzechy, mak, pszenica, miód i inne składniki wymieszane na słodko. A z ciast na wigilijnym stole króluje makowiec. Do tego standardowo pijemy kompot z suszu. Ja bardzo lubię barszcz z uszkami i zawsze proszę o dolewkę. Mam jednak takie wrażenie, że te potrawy, choć co roku takie same, zawsze smakują inaczej. Pierogi, które bardzo lubię i którymi się zajadam także przez cały rok, na Wigilię mają wyjątkowy smak. Tak samo jako karp, jedzony praktycznie raz w roku. Tradycyjnie pewnie nie będzie też śniegu w święta, bo pozostając w klimacie cytatów z „Misia” to ostatnio taka „świecka tradycja” – mówi z uśmiechem.


Zobacz jeszcze: Leszek Bartnicki ocenia grę GKS-u Tychy w rundzie jesiennej.


Komentarze