Liczyliśmy na więcej

Zeszłoroczna Vuelta a Espana była jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym wielkim tourem w historii, jeżeli chodzi o występy polskich kolarzy. Dwa etapy wygrał wówczas Tomasz Marczyński, jeden Rafał Majka, a dwukrotnie na podium odcinków stanął Paweł Poljański. Przed wyścigiem, który w minioną niedzielę zakończył się w Madrycie, mieliśmy uzasadnione nadzieje, że będzie jeszcze lepiej. Wszakże w rywalizacji wzięło udział dwóch najlepszych obecnie naszych zawodowców. Rafał Majka pojechał do Hiszpanii po etapy, a znajdował się w dobrej dyspozycji, bo po upadku w pierwszym tygodniu Tour de France nie było już śladu. Michał Kwiatkowski z kolei wystartował na Vuelcie w glorii triumfatora Tour de Pologne, co oznaczało, że jest w znakomitej formie. Ogłoszono nawet, że „Kwiato” będzie jednym z liderów grupy Sky, czyli jednym słowem miał walczyć o wysokie miejsce w klasyfikacji generalnej.

Trudno go krytykować

Zaczęło się prawie idealnie, bo torunianin na dwóch pierwszych odcinkach zajmował drugie lokaty i przez trzy dni był liderem klasyfikacji generalnej. Czerwoną koszulkę oddał świadomie i dziś wiemy, że nie była to dobra decyzja. Pomijając już dwa bolesne upadki, Kwiatkowski nie liczyłby się w walce o czołowe miejsca, bo rywalizacja pokazała następnie, że trzeba nieprzeciętnie jeździć po górach, aby włączyć się do walki o najwyższe cele. „Kwiato”, to jak na razie kolarz o nieco innych atutach. Dlatego też korzystniej dla niego i dla jego grupy byłoby, gdyby liderem pozostał jak najdłużej.

Niedługo po tym, kiedy stracił koszulkę, zaczęło się pasmo nieszczęść, czyli wspomniane dwa upadki, które nie pozostały bez wpływu na wyniki osiągane przez Polaka na najtrudniejszych etapach. Tracił na nich „Kwiato” do najlepszych po kilkadziesiąt minut, chociaż dwukrotnie próbował atakować. Skończyło się na odległej lokacie w klasyfikacji generalnej, a atmosferę przegranej poprawiło nieco czwarte miejsce w jeździe indywidualnej na czas. To dowód na to, że w tej specjalności Kwiatkowski należy do światowej czołówki.

Ogólnie rzecz biorąc trudno jest naszego mistrza świata sprzed czterech lat krytykować za występ podczas Vuelty, bo trzeba pamiętać, że w nogach miał nie tylko Tour de Pologne, ale przede wszystkim Tour de France, gdzie wykonał katorżniczą pracę na rzecz Gerainta Thomasa i Chrisa Frooma. Ciągle jednak kibice kolarstwa mają przekonanie, że w przyszłości to inni będą na największych wyścigach na Kwiatkowskiego pracować.

Jazda na dwóch liderów

Rafał Majka atakowało podczas Vuelty kilka razy, a w jednym przypadku był bardzo bliski etapowego sukcesu. Zajął drugie miejsce, a 13 pozycja w klasyfikacji generalnej, to wynik na pewno poniżej możliwości „Zgreda”. Tak się jednak kończy, kiedy grupa każe, a kolarz musi. Kilka razy nasz zawodnik musiał zostawać i holować pod górę kolegę z zespołu, czyli Emanuela Buchmanna. Efekt z uczynienia Niemca liderem grupy Bora-hansgrohe był mizerny, bo zawodnik ten w generalce uplasował się zaledwie o „oczko” wyżej od Majki.

Kolarz z Zegartowic jeszcze w trakcie i po wyścigu przyznał, że należy wyciągnąć z tego wnioski. Nie ukrywał również tego, że czuje się zmęczony. Tour de France, podczas którego musiał radzić sobie nie tylko z rywalami, ale też z obolałym po upadku ramieniem, mocno go wyeksploatował. Jednocześnie Polak zaznaczył, że przed nim jeszcze jedno ważne wyzwanie w tym sezonie, a mianowicie mistrzostwa świata w Innsbrucku, które rozpoczynają się w sobotę.

Na występ „Zgreda” i całej reprezentacji Polski w wyścigu elity ze startu wspólnego będziemy musieli poczekać jednak do niedzieli, 30 września. Trasa tegorocznego światowego czempionatu jest trudna, górska, czyli taka, na jakiej Majka czuje się najlepiej. Przypomina ona nieco tę z IO z Rio de Janeiro, kiedy to Polak stanął na najniższym stopniu podium, chociaż jest ciut mniej wymagająca. Nasza ogólna wiedza, na ten moment, mówi, że taktyka naszej drużyny będzie polegała na jeździe na dwóch liderów. Pierwszym będzie Kwiatkowski, a drugim Majka. O medale powalczy ten, który będzie lepiej dysponowany. W zależności od tego, rzecz jasna, jak potoczy się rywalizacja i na ile pozwolą piekielnie mocni rywale.