Ligowiec Godlewskiego: W oparach absurdu

Patrząc na polską ekstraklasę nawet z największą wyrozumiałością – a tak właśnie staram się czynić od wielu lat – trudno nie zauważyć, że ostatnia kolejka sezonu zasadniczego rozgrywana była w oparach absurdu. Najpierw PZPN chciał dzielić multiligową kolejkę na dwa dni, a pomysł upubliczniono ledwie 96 godzin przed ustaloną przed rokiem datą. W poważnych rozgrywkach nikt nie poważyłby się na zgłoszenie takiej propozycji nawet żartem, w naszych realiach skończyło się natomiast na… wycofaniu VAR z 30. serii spotkań. Mimo że wozy były aż cztery i tyle meczów, czyli połowę, można było wesprzeć technologią wspomagającą pracę sędziów. A jakby tego wszystkiego było mało, kibice postanowili urządzić zawody w ciskaniu serpentynami z trybun na boiska, co miało zakłócić – i tak też się stało – obligatoryjną porę rozpoczęcia wszystkich meczów. Aby w ten sposób zwrócić uwagę, iż nie godzą się na zbiorową odpowiedzialność całych sektorów, na których dochodzi do zadym.

W tak zVARiowanych i udekorowanych okolicznościach nie doczekaliśmy się, niestety, piłkarskich… fajerwerków. Przeciwnie, byliśmy świadkami zastanawiającej niemocy drużyn, które walczyły o konkretne stawki. Zimą, gdy liga już ruszyła, ale mróz jeszcze trzymał, wydawało się, że doczekaliśmy się nowej największej siły w Lotto Ekstraklasie – tak mocna wydawała się Jagiellonia. Kiedy jednak temperatura wzrosła, a przed zespołem z Białegostoku pojawiły się widoki na wygranie sezonu zasadniczego – piłkarze Ireneusza Mamrota przestraszyli się szansy, którą sami sobie wypracowali. O ile z Arką jeszcze wygrali w bardzo fartownych okolicznościach w doliczonym czasie, ale niezupełnie zasłużenie, to w dwóch następnych kolejkach wyłożyli się już na całego. Na koniec okazało się zresztą, że gdynianie to także wyłącznie papierowe tygrysy, zamiast bowiem do końca powalczyć o grupę mistrzowską, już w pierwszej połowie derbów Trójmiasta wywiesili białą flagę. Ba, nawet Lech, który ostatecznie okazał się triumfatorem sezonu zasadniczego miał moment dużego spowolnienia, czy wręcz zastoju w starciu z Górnikiem. I kto wie, jak potoczyłyby się losy Kolejorza w końcowym kwadransie, gdyby Łukaszowi Trałce w sukurs nie przyszła… kępka trawy w polu bramkowym Tomasza Loski. Wygląda na to, że każda liga ma tak kozackie drużyny, na jakie zasługuje. A nasza, cóż – jaka jest, każdy widzi.

Aha, kolejka bez VAR nie okazała się obfitująca w skandaliczne, czy choćby tylko dziwne decyzje sędziowskie. Na ośmiu stadionach było, jak zakładali pomysłodawcy, (generalnie) sprawiedliwie. Nie zdziwiłbym się zatem, gdyby za chwilę ktoś doszedł do wniosku, że – skoro tak bezproblemowo wszystko się rozegrało – kosztowna technologia w ogóle nie jest (nam) do niczego potrzebna…