Zobacz
Do góry

Ligowiec. „Klątwa” Michniewicza i przewrażliwieni trenerzy

Kiedy trener Czesław Michniewicz prowadził Pogoń Szczecin, po wyjazdowym zwycięstwie z Ruchem Chorzów zauważył, że 2:0 to bardzo niebezpieczny wynik.

Ci, którzy uśmiechali się wtedy pod nosem, muszą teraz mieć się z pyszna, bo co pewien czas słowa szkoleniowca znajdują potwierdzenie w faktach.

W minionej kolejce boleśnie odczuli to piłkarze i trenerzy Lechii Gdańsk, a zwłaszcza Wisły Płock. „Nafciarze” do 77. minuty byli nietykalni dla „portowców”, ale potem nastąpiło sześć minut, które wstrząsnęły całym Płockiem. Tyle czasu bowiem wystarczyło drużynie Pogoni, by zlikwidować manko z nawiązką. Ludziom związanym z Wisłą opadły „kopary”, a trener Radosław Sobolewski przypominał faceta, który właśnie przeczytał swój nekrolog.

W podobnym nastroju był w piątek szkoleniowiec gdańskiej Lechii Piotr Stokowiec, którego piłkarze nonszalancko wypuścili z rąk zwycięstwo i komplet punktów. Był w o tyle lepszej sytuacji od swojego kolegi po fachu z Płocka, że nie wracał do domu z pustymi rękami. Był poirytowany stratą punktów, bo uważał, że 30 sekund przed zdobyciem wyrównującej bramki przez Śląsk, jego drużynie należał się rzut rożny. Dla dobra dyskusji załóżmy, że miał rację, lecz niekoniecznie klasowa drużyna nie powinna stracić gola w takich okolicznościach, jak zrobili to biało-zieloni.

Piotr Stokowiec podał w wątpliwość zasadność podyktowania dla wrocławian rzutu karnego, ironizując, że „niedługo trzepot skrzydeł motyla będziemy gwizdali”. Tym razem ośmielam nie zgodzić się ze szkoleniowcem gdańszczan, bo tylko cud sprawił, że Mario Malocza nie „skasował” z tyłu szarżującego Michała Chrapka, nieodpowiedzialnie wykonując wślizg. Tomasz makowski ewidentnie zahaczył o nogę pomocnika Śląska i na pewno nie był to trzepot skrzydeł motyla.

W trakcie meczu z poznańskim Lechem nie potrafił opanować nerwów trener Rakowa Częstochowa, Marek Papszun. Miał zastrzeżenia do werdyktów sędziego Pawła Raczkowskiego, zwłaszcza w momentach, w których jego podopieczni stracili pierwsze dwa gole. Impulsywne reakcje szkoleniowca beniaminka ekstraklasy dały pretekst arbitrowi, by pozbyć się niewygodnego krytykanta i odesłać go na trybuny.

Po zakończeniu spotkania Marek Papszun samokrytycznie przyznał, że trochę go poniosło. Z pewnością nie uniknie kary finansowej i „odpoczynku” na trybunach. Panie trenerze, nie rzuca się cegłą w okno jubilera, gdy obok stoi policjant.

Komentarze