Ligowiec. Nie ma nietykalnych

Miniona kolejka pokazała wszystkim niedowiarkom, że mistrz i wicemistrz Polski nie są nietykalni, nie mają monopolu na wygrywanie i nie są poza zasięgiem ligowych konkurentów.


Żeby było śmieszniej i ciekawiej, potentatom utarły nosa drużyny, których daremnie szukać wśród ekstraklasowych wodzirejów. Sukcesu zwycięzców nie umniejsza fakt, że rywale nie grali w optymalnych składach. Sugestia, że Radomiak i Jagiellonia grały z rezerwami Legii i Rakowa jest nadużyciem, wręcz niesmacznym „pomówieniem”.

Po pierwsze – rotacje w składzie to naturalne działanie trenerów, a po wtóre – Slisz, Martins, Juranović, Luquinhas, czy Pekhart to nie są przecież głębokie rezerwy zespołu z Łazienkowskiej, podobnie jak Kovaczević, Arsenić, Musiolik, Cebula, czy Udoviczić w drużynie spod Jasnej Góry.

Dlatego beniaminek z Radomia i „Żubry” zasłużyły na oklaski przy otwartej kurtynie, a pokrętne tłumaczenia pokonanych zasługiwałby co najwyżej na uśmiech politowania. Na szczęście trenerzy Czesław Michniewicz i Marek Papszun nie posunęli się aż tak daleko. A tak na marginesie – sezon dopiero się zaczął i już niektórzy piłkarze potrzebują odpoczynku?!

Zwycięstwo z Legią miało szczególny smak dla trenera Radomiaka, Dariusza Banasika. 48-letni szkoleniowiec mieszka na stałe w Warszawie, kilka lat pracował w Legii jako trener rezerw i zespołu U-19. Jak sam przyznał, ma tam wielu przyjaciół.

Kilku mógł stracić po sobotnim meczu.

Po raz kolejny zaimponowała mi Warta Poznań. Mimo przeciwności losu (czerwona kartka dla Łukasza Trałki i strata bramki) podopieczni trenera Piotra Tworka pokazali hart ducha i wolę walki do samego końca. Spotkała ich za to nagroda w postaci jednego punktu. Może niewiele z punktu widzenia czystego zysku, ale bardzo dużo, zważywszy na morale piłkarzy tej drużyny.

To smutne, ale kilka cierpkich słów trzeba skierować pod adresem 14-krotnego mistrza Polski, czyli Górnika Zabrze. To prawda, że Lukas Podolski jest gwiazdą, ale nie jest zawodnikiem pokroju Leo Messiego, czy Cristiano Ronaldo, który zabierze się z piłką na połowie boiska, przedrybluje kilku rywali i wjedzie z futbolówką do bramki.

Oczekiwanie, że były mistrz świata sam będzie wygrywał mecze, jest szczytem naiwności. Nie mam złudzeń – po dwóch porażkach z rzędu atmosfera wśród piłkarzy Górnika jest podła. Powiem więcej, w porównaniu z tym zgromadzeniem przeciętny zakład pogrzebowy mógłby uchodzić za wesołe miasteczko.

Prztyczek w nos należy się też szczecińskiej Pogoni, która koncertowo zmarnowała szansę (niepowtarzalną?) na samodzielne objęcia przodownictwa w tabeli. Mając wszystkie atuty w ręku „portowcy” zachowali się jak facet, który poznał tajemnicę kopalni złota, tylko gdzieś zgubił mapę.

P.S. Mimo upływu czasu wciąż jestem zaczepiany, że „okradłem” Mateusza Czyżyckiego ze zdobytej bramki. Odpowiem pytaniem – czy gdyby futbolówka nie trafiła w nogę obrońcy Śląska Szymona Lewkota, a innego piłkarza Warty (Kupczaka, Trałki, Jakóbowskiego – do wyboru), to gol poszedłby na konto Czyżyckiego? Oczywiście, że nie. Skończmy zatem tę jałową dyskusję, bo był to ewidentny gol samobójczy.


Fot. Norbert Barczyk/PressFocus

Komentarze