Zobacz
Do góry

Ligowiec. Obraz nędzy i rozpaczy

Przed tygodniem wydawało mi się, że „wyczyn” Arki w meczu z Jagiellonią jest nie do powtórzenia.

Przypomnę, że piłkarze z Trójmiasta nie oddali w nim ani jednego strzału w światło bramki i nie wykonywali ani jednego rzutu rożnego. Tymczasem niewiele brakowało, by w Lubinie piłkarze Górnika skopiowali to „wybitne” osiągnięcie. Zabrzanie w ciągu 90 minut oddali tylko jeden (!) celny strzał, chociaż próba Ishmaela Baidoo była tak anemiczna, że bez kłopotów powinien z nią sobie poradzić nawet częściowo sparaliżowany bramkarz. Marną pociechą dla zespołu z Roosevelta był jeden wywalczony korner.

Do meczu z Lechią „Biała gwiazda” przystępowała po serii ośmiu porażek, co było niechlubnym rekordem klubu. Jeżeli dodamy do tego wstydliwą przegraną w Pucharze Polski z występującymi w II lidze Błękitnymi Stargard, będziemy mieli pełny obraz nędzy i rozpaczy w klubie z Reymonta. Okazuje się jednak, że dla 13-krotnego mistrza Polski w tym sezonie nie ma rzeczy niemożliwych. A mówiąc bardziej precyzyjnie – wiślacy mogą wyśrubować swój rekord do rozmiarów, których nie są w stanie ogarnąć ani trener Artur Skowronek, ani włodarze klubu. Jak widać na załączonym obrazku, zmiana szkoleniowca – z samej tylko definicji – nie jest skutecznym lekarstwem na zażegnanie kryzysu. Jedyna nadzieja na zgaszenie czerwonego światła oślepiającego piłkarzy Wisły w tym, że kolejnym przeciwnikiem Jakuba Błaszczykowskiego i spółki jest drepczący w miejscu Górnik.

Minęło już chyba zauroczenie Radosławem Sobolewskim i jego zespołem. W ostatnich kolejkach „Nafciarze” radzili sobie po japońsku, czyli jako tako. Dwa punkty wywalczone w czterech meczach na pewno nie są powodem do dumnego wypinania piersi. Następny egzamin „gorsza” Wisła będzie zdawała w Gdańsku, gdzie czeka na nią wyraźnie łapiąca drugi oddech Lechia. A może „Sobol” znajdzie sposób, by wyprowadzić swój okręt na spokojne wody?

Kilka ciepłych słów wypada skierować pod adresem drużyny Śląska. Fotel lidera to żadna nowość dla podopiecznych Vitezslava Laviczki, bo mieli rezerwację na ten mebel w sierpniu (od 4. do 7. kolejki włącznie). Potem przyszedł jednak kryzys i wydawało się, że ekipa ze stolicy Dolnego Śląska nie jest w stanie pomieszać szyków ligowym gigantom. Tymczasem zespół czeskiego szkoleniowca zaczął mozolnie odrabiać straty i piąć się w tabeli. Punktem zwrotnym było spotkanie z Arką, które rozpoczęło dobrą passę wrocławian. Na razie licznik zatrzymał się na pięciu zwycięstwach z rzędu, ale wcale nie jest powiedziane, że to koniec serii. Chociaż w najbliższej kolejce czekają na piłkarzy Śląska bardzo strome schody, bo do Wrocławia przyjedzie Legia. Skoro jednak drużynie trenera Laviczki udało się pokonać mistrza Polski i to na jego terenie, to dlaczego mieliby się obawiać wicemistrza? Przy okazji warto jeszcze zwrócić uwagę na jedną rzecz – Śląsk na obcych boiskach aż pięć meczów zakończył bez straty bramkowej, tymczasem na „własnych śmieciach” ani razu nie zagrał na zero z tyłu!

Komentarze