Ligowiec. Odroczone egzekucje

Przekraczając Rubikon Juliusz Cezar powiedział „Kości zostały rzucone”, co było jednoznaczne z rozpoczęciem wojny domowej w Rzymie. W ekstraklasie dla kilku zespołów też nie ma już drogi powrotnej, bo karty – mówiąc kolokwialnie – zostały rozdane.

Nie jestem zaskoczony, że los ŁKS-u Łódź podzielą Korona i Arka. Zgoda, matematycznie ich utrzymanie jest jeszcze możliwe, lecz w praktyce to zadanie niewykonalne. Już dawno temu przestałem wierzyć w cuda na kiju, więc nikt mnie nie przekona, że obie Wisły – z Krakowa i Płocka – w czterech kolejkach roztrwonią pokaźną zaliczkę. Gdyby którejś z nich ta sztuka się udała, byłaby niekwestionowanym frajerem roku.

Nie, żebym źle życzył Koronie i Arce, lecz wyrok na te drużyny został wydany znacznie wcześniej, ale egzekucję odroczono. Trener Gino Lettieri przez dwa lata pracy w Kielcach „przepuścił” przez szatnię prawie 50 zawodników, więc nie było mowy o sensownej i konsekwentnej budowie zespołu.

Gorzkie piwo musieli wypić Mirosław Smyła i Maciej Bartoszek, choć nie oni go nawarzyli. Taka łapanka i doraźne działania wcześniej czy później musiały skończyć się katastrofą, niezależnie od tego, kto trzymał ster w rękach. Walka o zachowanie miejsca w ekstraklasie w tym sezonie przez Koronę była niczym innym jak próbą napicia się wody z węża strażackiego.

Arka balansowała na krawędzi przepaści od momentu powrotu do ekstraklasy. Wszystkim, albo prawie wszystkim, zamydliło oczy zdobycie Pucharu Polski i Superpucharu. Wielkomocarstwowe zapędy okazały się na wyrost, a nieudolne zarządzanie klubem przez Dominika Midaka przelało czarę goryczy. Jak trafnie zauważył trener Bogusław Kaczmarek „Arka straciła swoją tożsamość, wychowanków w kadrze można policzyć na palcach jednej ręki, a klub jest bankomatem dla zagranicznych zawodników”.

Ireneusz Mamrot podjął ogromne ryzyko, bawiąc się w strażaka, który miał ugasić ogień. – Wiemy, w jakiej sytuacji jesteśmy, będziemy jednak walczyć do końca. Trzeba podnieść zespół i pracować tak, żeby w kolejnych meczach wygrywać. Nie wszytko zależy już od nas, ale zrobimy, co się da, żeby powalczyć o utrzymanie Arki – zadeklarował szkoleniowiec gdynian. Czy jednak jeszcze wierzy w to, że jego misja może zakończyć się happy endem?


Czytaj jeszcze: Prawo do porażki


Chyba wszyscy trenerzy zazdroszczą opiekunowi Lechii Piotrowi Stokowcowi dżokera. 27-letni Łukasz Zwoliński dołączył do biało-zielonych zimą i w 9. spotkaniach już 7 razy umieścił piłkę w siatce. Pięciokrotnie dokonał tej sztuki wchodząc na boisko z ławki rezerwowych.

Jego trafienia zapewniła gdańszczanom komplet punktów w meczach z Arką i Jagiellonią, ponadto „uratował” remis w potyczce z Górnikiem Zabrze. Napastnik Lechii obrońcom rywali zapewnia na boisku taką rozrywkę, przy której hiszpańska inkwizycja to dziecinna igraszka.

Trener Legii Aleksandar Vuković znalazł wroga w osobie sędziego Szymona Marciniaka. Kością niezgody pozostają rzuty karne, których arbiter z Płocka legionistom nie przyznaje oraz dyktuje je przeciwko stołecznej jedenastce. Nie zagłębiając się w zasadność pretensji szkoleniowca, faktem jest, że nasz „eksportowy” sędzia ma dziwną awersję do korzystania z VAR-u. Wiara w swą nieomylność już odbiła mu się czkawką podczas mistrzostwach świata w Rosji.

Fot. Łukasz Sobala/PressFocus

Komentarze