Ligowiec. Piorunochron, który przyciąga gromy

Trzeba uszanować powody szkoleniowca i jego decyzję o zaprzestaniu współpracy z „Nafciarzami”. Nie mam wątpliwości, że zrobił to z bólem serca, ale w życiu są sprawy ważne i ważniejsze.

Doszukiwanie się jakichkolwiek podtekstów związanych z jego odejściem byłoby nietaktem. Fakt, w związku z karą nałożoną przez Komisję Ligi po zakończeniu poprzedniego sezonu, Ojrzyński nie mógł prowadzić drużyny Wisły w spotkaniach z Górnikiem Zabrze i Lechem Poznań. Ale pozbycie się szkoleniowca po zaledwie dwóch kolejach byłoby decyzją pochopną ze strony działaczy klubu z Płocka. Nie wolno zapominać, że to Ojrzyński uratował im skórę w poprzednich rozgrywkach, gdy ekstraklasa wydawała się być już stracona. Wykorzystując sprzyjające okoliczności Leszek Ojrzyński wygrał pięć z dziewięciu meczów w końcówce poprzedniego sezonu, co pozwoliło „Nafciarzom” kontynuować rywalizację na poziomie ekstraklasy.

Leszek Ojrzyński to jedna para kaloszy, natomiast zupełnie inną bajką jest banicja Alena Stevanovicia. Decyzją zarządu Wisły Serb został bezterminowo odsunięty od pierwszej drużyny i jednocześnie zawieszony w prawach zawodnika. 28-letni pomocnik w ostatnim czasie sprawiał problemy natury dyscyplinarnej, między innymi nie stawiał się na zbiórkach zespołu. Wszystko wskazuje na to, że dni tego zawodnika w Płocku są już policzone.

Swoją drogą nad klubem z Płocka ciąży jakieś fatum. Doświadczenia ostatnich lat pozwalają wysnuć wniosek, że Wisła przyciąga kłopoty jak piorunochron gromy. Dowody? Służę uprzejmie. W 2017 roku z klubu odszedł trener Marcin Kaczmarek i to na dziesięć dni przed rozpoczęciem rozgrywek ligowych. Rok później z Wisłą pożegnał się Jerzy Brzęczek, zaledwie tydzień przed pierwszym meczem mistrzowskim. Teraz odszedł Leszek Ojrzyński, zaledwie osiem dni po rozpoczęciu rozgrywek. Oczywiście każdy z tych przypadków miał inne podłoże, lecz nie zmienia to faktu, że trenerski stołek w tym klubie jest wyjątkowo gorący.

Nie brakowało takich kibiców futbolu, którzy wieszali psy na Aleksandarze Vukoviciu. Wszyscy wiemy doskonale, że jego bilans jako szkoleniowca Legii nie powalał (i nadal nie powala) na kolana. Jednak moim zdaniem zbyt wcześnie postawiono na nim krzyżyk, bo 12 spotkań to stanowczo za mało, by wystawić mu miarodajną ocenę. Wypada poczekać, jak będzie sobie radził w następnych potyczkach ligowych. W Kielcach jego drużyna miała mnóstwo szczęścia, ale ono ponoć sprzyja lepszym. Poza tym każdy zespół pozbawiony szczypty tego farta nie ma żadnych szans, by zdobywać laury. To tak, jak próba napicia się wody z węża strażackiego.

Wczorajszy mecz we Wrocławiu pokazał swoje okrutne oblicze. Mistrz Polski nie miał prawa przegrać ze Śląskiem, a jednak wracał w domowe pielesze z pustymi rękami. Nie mam najmniejszych wątpliwości, ze trener Waldemar Fornalik i członkowie jego sztabu woleliby pójść do dentysty niż rozmawiać na temat tego spotkania.

Murapol, najlepsze miejsca na świecie I Kampania z Ambasadorem Andrzejem Bargielem

 

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

Komentarze