Łódź i dziurawa balia

Przepraszam kibiców” – mówił po meczu z GKS Tychy trener ŁKS Wojciech Stawowy.


– „Tak nie może grać zespół, który chce awansować. Gdyby nie było meczu z Legią, można by sądzić, że drużyna jest źle przygotowana. Z mistrzem Polski graliśmy przecież całkiem inaczej. Teraz nie było błysku, pomysłu, płynnych akcji, graliśmy za mało agresywnie. Przyjmuję krytykę pod moim adresem. Ktoś przecież prowadzi drużynę, ktoś tu dowodzi. To moja wina”.

Jeżeli można coś zarzucić trenerowi, to przede wszystkim brak szybszej reakcji na to, co się działo na boisku. Jakub Tosik i Maciej Dąbrowski seryjnie popełnianymi błędami zapracowali na zmianę już około 30 minuty, a ich zejście po godzinie gry nie miało żadnego znaczenia, bo było wtedy już 0:3.

Z drugiej strony jednak trener nie bardzo miał pole manewru, a fakt, że dokonał w całym spotkaniu tyko dwóch zmian, oznacza kadrową niemoc. Po kartkach nie mogli grać Dragoljub Srnić, Maksymilian Rozwandowicz i Adrian Klimczak, piłkarze może nie pierwszego składu, ale na pewno silni zmiennicy, a na dłużej z powodu kontuzji wypadli z gry Samu Corral i Adam Marciniak, którzy w wyjściowej jedenastce mieszczą się na pewno.

Brakowało szczególnie Marciniaka, jeszcze w przeddzień meczu pewniaka w składzie. Na ostatnim treningu tak jednak nieszczęśliwie zderzył się z kolegą z drużyny, że konieczna była operacja pokiereszowanej twarzo-czaszki. Mógłby pomóc mobilizując drużynę, choćby krzykiem, tymczasem ŁKS był wolniejszy i… cichszy niż rywale, którzy od pierwszych minut opanowali boisko.

Wejście Łukasza Sekulskiego niewiele mogło zmienić, bo on z kolei natrafił na przeszkodę nie przejścia, jaką był bramkarz Konrad Jałocha, który obronił dwa jego strzały z bliska. Porażka 2:3 zamazałaby jednak obraz gry, bo przewaga GKS była w tym meczu bezdyskusyjna.

Nasuwa się przy okazji dygresja, że Jałocha to bardzo piłkarskie nazwisko, przede wszystkim w Krakowie: Kazimierz grał w Cracovii, Jan i Marcin (syn Kazimierza) w Wiśle. Ale także w Łodzi, bo wspomniany Kazimierz był też zawodnikiem ŁKS, a wychowankiem ŁKS jest z kolei Henryk, też bramkarz ŁKS i reprezentacji Polski juniorów, a potem przez kilka sezonów zawodnik Cracovii. Tyski Jałocha nie jest z nimi spokrewniony, bo pochodzi z warszawskiej linii, ale wstydu temu nazwisku na pewno nie przynosi.

Zgoła odmienne nastroje zapanowały na drugim końcu Łodzi, bo w sobotę grał także Widzew. Trener Korony Maciej Bartoszek może sobie mówić, że jego zespół był stroną przeważającą, dłużej przetrzymywał piłkę i budował akcje w środku pola, ale przecież nic z tego nie wychodziło.

Jego zawodnicy do tego stopnia nie umieli się zachować na polu karnym przeciwnika, że debiutujący w Widzewie bramkarz Jakub Wrąbel tylko raz musiał interweniować, bo Dawid Lisowski pomylił się i po dośrodkowaniu piłka leciała nie stronę partnera, ale blisko poprzeczki i bezpieczniej było ja wybić na róg.

Najbardziej podobali się dwaj nowi w zespole – Paweł Tomczyk i Piotr Samiec-Talar. Tomczyk miał już dość wypożyczeń i do Widzewa trafił po transferze definitywnym, co z jednej strony stawia przed nim wyższe wymagania, a z drugiej – mobilizuje, bo zapewnia stabilizację sportową i życiową.

„Szkoda, że przy drugiej jedenastce zmieniłem sposób strzelania” – kajał się po niewykorzystaniu szansy na trzeciego gola. Faktycznie, tym słabym sygnalizowanym strzałem, zaskoczył przede wszystkim siebie, a nie bramkarza. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że bramkarz Marek Kozioł był zdecydowanie najlepszym zawodnikiem drużyny gości.

Piotra Samca-Talara chwalić trzeba nie tylko za przytomnie zdobytą bramkę, ale i za efektowną i skuteczną grę na skrzydle. Jego rajdy i dośrodkowania przypominały (na pewno to jeszcze porównanie na wyrost, ale i komplement) styl Włodzimierza Smolarka. Przyjście do Widzewa i natychmiastowy awans do pierwszej jedenastki, to na pewno silny bodziec dla zawodnika, który nagle przestał być piłkarzem drugoplanowy, grającym epizodyczne role i wie, jak wiele od niego teraz zależy.

ŁKS i Widzew przez najbliższe tygodnie nie muszą nigdzie wyjeżdżać, bo terminarz jest dla nich wyjątkowo korzystny: Widzew zagra w Łodzi kolejno z Radomiakiem (znów w nielubiony przez kibiców piątek), potem z ŁKS (na jego boisku, ale to tylko pięć kilometrów od domu) i z Chrobrym, ŁKS natomiast podejmie w najbliższej kolejce Odrę i potem Widzew w meczu derbowym.


Czytaj jeszcze: Biel z genem kilera

ŁKS nie opuszcza drugiego miejsca, ale seria tej drużyny jest kompromitująca: w siedmiu meczach jeden remis i sześć porażek, w tym trzy na swoim boisku. Widzew jeszcze sporo traci, ale właśnie rozpoczął udanie odrabianie zaległości. Nowi zawodnicy stanowią znaczne wzmocnienie (na debiut czeka jeszcze obrońca Kacper Gach z Podbeskidzia), w grze drużyny widać dużo zapału i dynamiki.

W pierwszym meczu sezonu widzewska łódź popłynęła w innym kierunku niż dryfująca bezradnie, przeciekająca w obronie balia ŁKS.


Fot. Łukasz Sobala/PressFocus

Komentarze