Zobacz
Do góry

Z drugiej strony. Brak podstaw do dmuchania balonu wyjdzie narodowi na dobre

To, co stało się w sobotę w Bukareszcie, jest diametralną odmianą. Uczuciem nie do końca znanym. Wcześniej – nawet jeśli nie było ku temu wielce racjonalnych przesłanek – machało się ręką, z pewnym wręcz lekceważeniem mówiło: „Na pewno jakoś to będzie” – pisze Maciej Grygierczyk w swoim felietonie po losowaniu grup EURO 2020.

Jestem przedstawicielem pokolenia, którego wspomnienia związane z udziałem reprezentacji Polski w wielkich turniejach ograniczają się wyłącznie do XXI wieku. Wspomnienia nie tylko czysto boiskowe – w dominującej większości negatywne, naznaczone wręcz pewną traumą – ale i te związane z losowaniami. O! Tu już nastroje były zwykle w narodzie odwrotnie proporcjonalne do skali turniejowego rozczarowania. Ładnie na antenie TVP spuentował to w sobotni wieczór Jacek Laskowski: „Obawy to miałem przed ’74, po trafieniu na Argentynę i Włochów. Potem było dobrze, albo względnie dobrze”.

Pamiętam radość po wylosowaniu Korei Południowej. Ekwadoru i Kostaryki. Austrii. Wreszcie – Greków, Czechów i Rosjan. Irlandczyków z północy, Ukraińców. Albo wielokontynentalnej mozaiki (Senegal, Kolumbia, Japonia) przy okazji ostatniego mundialu, podsumowanej przez Tomasza Hajtę słowami: „Awans pewny, jesteśmy faworytem”, co do dziś jest mu wypominane przez twitterową społeczność. W tych wszystkich losowaniach pierwszy koszyk oznaczał dla Polski albo grę z gospodarzami, albo z… Niemcami, albo my sami się w nim znajdowaliśmy. Dlatego to, co stało się w sobotę w Bukareszcie, jest diametralną odmianą. Uczuciem nie do końca znanym. Wcześniej – nawet jeśli nie było ku temu wielce racjonalnych przesłanek – machało się ręką. Z pewnym wręcz lekceważeniem mówiło: „Na pewno jakoś to będzie”. Teraz? Współdzielenie grupy z Hiszpanią i Szwecją u niejednego zapewne kibica sprowadzi oczekiwanie na Euro do poziomu dużych obaw.


Zobacz jeszcze: Artur Wichniarek o reprezentacji Polski


No – bo to rywale, którzy kojarzą się jednoznacznie negatywnie, pamięć tych ciut młodszych kibiców (i nie oznacza to wcale, że młodych) obejmuje wyłącznie porażki. Od Szwedów obrywało się zawsze i wszędzie, zazwyczaj do zera. Od Hiszpanów – też, choć akurat nie o stawkę, a towarzysko. Nieraz do czerwca przypominana będzie podjęta przez Artura Sobiecha nieudana próba wymienienia się koszulką z którymś z rywali po klęsce 0:6 poniesionej za Franciszka Smudy. Choć na pewno rzadziej niż nieudana pogoń Jerzego Brzęczka za Fredrikiem Ljungbergiem na Stadionie Śląskim. Potencjalni rywale z barażu są w najlepszym przypadku historycznie obojętni, by o kiksie Artura Boruca w Belfaście czy samobóju Seweryna Gancarczyka ze Słowakami nie wspominać.

Mimo formuły turnieju, w którym z grupy można wyjść nawet z 3. miejsca, 1/8 finału nie jawi się dziś dla kadry Brzęczka jako obowiązek. Raczej coś, co trzeba będzie mocno docenić. Może brak takiego „społecznego rozprężenia”, podstaw do dmuchania balonu, z czym mieliśmy do czynienia przed kilkoma poprzednimi turniejami, paradoksalnie wyjdzie narodowi na dobre? Nie tylko narodowi, ale i reprezentacji? Tego Euro wypatrywać będę z jeszcze większym zaciekawieniem niż kilku poprzednich imprez. Czerwiec i lipiec i tak spędzimy z głowami w telewizorach. Nawet jeśli psiocząc przy tym, że zbyt wiele drużyn, że zbyt wiele miast-organizatorów, że kuriozalna formuła. Prędko i tak się nie powtórzy. Za 5 lat Euro w Niemczech…


Zobacz jeszcze: Rozmowa z Henrykiem Wawrowskim o reprezentacji Polski.


Komentarze