Manuel Junco: W Wiśle brakowało nawet na benzynę i długopis

Następny1 z 7
Użyj strzałek ← → do nawigacji

Mateusz Miga: Śledził pan ostatnie wydarzenia związane z Wisłą?

Manuel Junco: – Oczywiście. Od czerwca cały czas śledzę w prasie wszystko co jest związane z Wisłą, począwszy od ruchów w letnim okienku transferowym, aż do nieudanej sprzedaży klubu. Szczerze mówiąc, czytając o problemach finansowych klubu miałem swoiste odczucie deja vu, ponieważ przychodząc do klubu w październiku 2016 roku zastałem bardzo podobną sytuację do października 2018 roku. Różnice są dwie. W 2016 nie miałem już możliwości na ruchy transferowe i sprzedaż zawodników, którzy mogliby zapewnić przychód Wiśle, bo zostałem zatrudniony, gdy okienko było już zamknięte. Po drugie, drużyna była na ostatnim miejscu w tabeli, wygrała tylko jeden mecz, a za sobą miała siedem porażek z rzędu, przegrywała choćby ze Śląskiem u siebie 1:5. Rozegrano już 25 procent sezonu, a drużyna miała 3 punkty i była ostatnia… Zewsząd słyszałem, że w grudniu 2016 Wisła będzie bankrutem i zniknie.

Klub był w rozsypce po krótkich rządach Jakuba Meresińskiego. Problemów wewnątrz była pewnie cała masa…

Manuel Junco: – Tak. Przychodzę do klubu i na dzień dobry dowiaduję się, że są spore zaległości w płatnościach. Skauci od dłuższego czasu nie mogli obserwować kandydatów do gry w Wiśle, bo w klubie nie było pieniędzy na benzynę. Nie mogli też obserwować ich na wideo, bo licencja Wyscout nie była opłacona przez rok i program był zablokowany. Gdy zapytałem, gdzie są bazy z informacjami o zawodnikach powiedzieli mi że nie mają ich, bo zostały zablokowane w programie Wyscout. Można powiedzieć, że nie było pieniędzy na zakup długopisu. Żartowano, że nasz autobus wyglądał bardziej jak autobus ligi biznesu niż profesjonalnego zespołu. Były firmy zewnętrzne którym nie płacono przez lata, a konta często były zablokowane. Brakowało profesjonalnego sprzętu dla zawodników jak choćby kamizelki GPS. W ośrodku treningowym w Myślenicach był tylko jeden rowerek treningowy! Jakakolwiek osiedlowa siłownia miała więcej rowerków treningowych niż my. Zawodnicy i trenerzy od miesięcy nie dostawali wynagrodzenia i zaczynali składać pisma zrywające umowy. Aby grać z Pogonią, musieliśmy dzień wcześniej zabrać ze szkoły trzech juniorów, bo brakowało zawodników. Przegraliśmy 2:6.

Kto pana ściągnął do Wisły?

Manuel Junco: – Propozycję dostałem od Roberta Szymańskiego. Wiedziałem, że Wisła to wielka marka, ale dopiero gdy zacząłem pracę, zrozumiałem w jak trudnej sytuacji jest klub. To była przyjemność pracować z wieloma osobami z klubu. Niemniej jednak, wchodząc do organizacji jako nowa osoba na stanowisku menedżerskim, naruszałem też pewne struktury, które funkcjonowały przez lata i zdobyłem w ten sposób parę nieprzychylnych mi osób. Czasami mówiłem, że więcej muszę walczyć wewnątrz klubu niż na zewnątrz.

Z kim musiał pan walczyć?

Manuel Junco: – Nie chciałbym podawać nazwisk, żeby nie wywoływać niepotrzebnej dyskusji w tym momencie. Ważne jest to, że prawie wszyscy zawodnicy chcieli odejść i zaczynali składać wezwania do zapłaty, aby opuścić klub za darmo, a pierwszym który odszedł był trener Dariusz Wdowczyk, bez jakiegokolwiek uprzedzenia. To wtedy zacząłem szukać trenera.

I w miejsce Wdowczyka wytrzasnął pan nikomu nieznanego Kiko Ramireza.

Manuel Junco: – Pierwszą propozycję skierowałem do Jerzego Brzęczka, który prowadził wtedy pierwszoligowy GKS Katowice. Widziałem na żywo GKS i szybko zrozumiałem, że są w górze tabeli głównie dzięki trenerowi. Brzęczek był jednak umówiony z klubem, że zostaje do końca sezonu i niestety nie udało się go sprowadzić.

Początek Wisły pod rządami Towarzystwa Sportowego. Od lewej Kazimierz Kmiecik, Radosław Sobolewski, Kiko Ramirez, Marzena Sarapata, Manuel Junco i Goncalo Feio. FOT JAKUB GRUCA / 400mm.pl

Dlaczego dalej nie szukał pan trenera w Polsce?

Manuel Junco: – Oficjalnie nie mogłem tego przyznać, ale było bardzo trudno przekonać jakiegokolwiek trenera, aby przyszedł do Wisły. Wszyscy wiedzieli z jakimi problemami finansowymi borykał się klub. Podobnie było z piłkarzami. Zawodnicy, których chciałem sprowadzić –  jak Alan Czerwiński czy Maciej Wilusz – mieli duże obawy. Pamiętam, jak rozmawiałem z młodym zawodnikiem pierwszoligowego wówczas Górnika Zabrze. Powiedział mi, że do marca nie podejmie decyzji, bo być może w marcu Wisła nie będzie już istnieć. Chłopak z I ligi odmawia transferu do Wisły! Miałem nawet problemy w zatrudnieniu zawodników do drużyny grającej w Centralnej Lidze Juniorów.

Ważne, że w okienku zimowym w trakcie sezonu 2016/17 udało mi się znaleźć oferty dla trzech piłkarzy i między innymi dzięki temu mogliśmy zapłacić koszty marcowej licencji. To było jak mały sportowy cud. Sprzedaliśmy trzech bardzo ważnych zawodników w momencie, gdy bardzo ich potrzebowaliśmy i dobijaliśmy do dna tabeli. A mimo to, po zastąpieniu ich innymi graczami, na przekór wielu problemom, na koniec sezonu udało się zająć szóste miejsce. Uniknęliśmy sytuacji z poprzedniego sezonu, gdy Wisła grała w grupie spadkowej. Ale muszę przyznać, że przez cały ten okres, z powodu problemów finansowych, było bardzo trudno utrzymać koncentrację zawodników na wysokim poziomie.

Następny1 z 7
Użyj strzałek ← → do nawigacji

Komentarze