Mucha nie siada. Dlaczego w tenisie jesteśmy skazani na rodzynki

Paradoksalne, ale w tym koszmarnym roku zarazy polski sport doczekał sukcesu, jakiego w XXI wieku jeszcze nie miał, a i szperając pamięcią głębiej trudno byłoby się dokopać do czegoś równie epokowego, wiekopomnego, gigantycznego.


To, co w październiku na kortach w Paryżu nawyprawiała Iga Świątek wykracza bowiem daleko poza polski tenis, jest wyczynem przebijającym swoją doniosłością większość – o ile nie wszyskie – indywidualne dokonania rodzimych sportowców, na czele z tymi olimpijskimi.

Teza oczywiście kontrowersyjna, zaraz wyliczą mi państwo litanię medali i rekordów świata szybkobiegaczki Ireny Szewińskiej, szybkochodziarza Roberta Korzeniowskiego czy dalekorzutnej Anity Włodarczyk i wielu innych wspaniałych epoki wunderteamu sprzed ponad pół wieku, czy tych bardziej nam współczesnych – przełomu wieków lub wreszcie tych najnowszych czempionów królowej sportu.

Przyszpilicie mnie państwo zapewne szybko kolekcją osiągnięć naszych pieszczochów zimowych, począwszy od Józefa Łuszczka, przez Adama Małysza i Kamila Stocha, aż po królową śniegu Justynę Najmądrzejszą. Do tego sypniecie między oczy garścią ozłoconych bokserów, zapaśników, dżudoków, sztangistów, szermierzy (uff…), a zwłaszcza żużlowców i jednego z wyścigowców (OMG!), dorzucając ogromne krople z wioślarzy lub innych pływaków… I przez moment będę musiał przymknąć powieki, bo jasność bijąca z tego tłumu będzie wprost oślepiająca.

Ale gdy już je przetrę i spojrzę w oczy prawdzie, zdania nie zmienię – to co zrobiła dziewczyna spod Raszyna przykrywa wszystko i wszystkich czapką. Dlaczego? Po prostu – decyduje ranga imprezy i ranga dyscypliny wzbudzającej od z górą setki lat powszechne zainteresowanie pod każdą szerokością geograficzną.

O triumfatorach wielkiego szlema trąbi się od Alaski po przylądek Horn i od Kamczatki po San Francisco – z całym szacunkiem dla większości z wyżej wymienionych i niewypowiedzianych, z których większość to bohaterowie jednego dnia raz na cztery lata, po których wyczynach następnego dnia globalna wioska wybudza się z niefrasobliwym poczuciem słodkiej amnezji. „Kowalczik?” Że kto???

Tak, wiem, my Polacy pamiętamy. Stąd zrozumiem, dlaczego moja głęboka pewność wzbudzi w niejednym z państwa tak bezdenny sprzeciw. Zrozumiem, bo w Polsce tenis ziemny to wciąż sport mocno niszowy, choć akurat my lubujemy się w niszach – skokach narciarskich, chodach sportowych, rzutach żelastwem.

Zrozumiem, bo w Polsce powojennej tenis był z rozmysłem kopany butem na margines życia społecznego, przez lata był kaprysem zdegenerowanej „burżuazji”, a jak wiadomo homo sovieticus wciąż jeszcze w nas tkwi, 30 lat to za mało, by go zupełnie z myślenia narodowego (o, to modne!) wyrugować. No i nie pomagał fakt, że przez prawie 60 lat – między 1928 a 1984 – tenis nie był obecny na igrzyskach, a olimpiada to przecież świętość dla kibica nad Wisłą!

No to po co ładować kasę w coś, co nie da nam żadnego medalu, z kim nie będzie się można poklepać po ramieniu, wpiąć order, zrobić pamiątkowe zdjęcie, tak przydatne w wyborczej kampanii.

Z tą kasą przez 30 lat niewiele się w sumie zmieniło. Paradoks tenisa polskiego – i ostatnich jego sukcesów w osobach rodzynków pokroju Agnieszki Radwańskiej i panny Świątkówny – polega też na tym, że to jedyna dyscyplina w naszym pięknym kraju, w której sukces zależy tak bardzo od gestu i kaprysu. Od gestu rodzica i kaprysu sponsora.

To jedyna tak powszechna dyscyplina, której uprawianie kosztuje majątek – majątek rodzica. Proszę się rozejrzeć i zapytać, ile trzeba zapłacić za wynajęcie godziny kortu i trenera dla swojej pociechy; zapewniam – stówka nie styknie. Za godzinę, tak! Ale nie wiadomo w sumie dlaczego gminy, samorządy, województwa nie budują publicznych ogólnodostępnych kortów z takim zapałem, jak budują stadiony i hale, choć koszty inwestycji są nieporównywalnie mniejsze.

Nie wiadomo, dlaczego przez ponad 30 lat federacja tenisowa – wzorem choćby nieodległych acz mądrych braci Czechów – nie wypracowała żadnego modelu szkolenia, który nie wymagałby od rodziców i opiekunów wyprzedawania rodzinnych klejnotów, obrazów czy innych dóbr własnych, byle latorośl mogła pobiegać po czerwonej mączce za zieloną piłką.


Czytaj jeszcze: Górnik Bytom na nowego sponsora

W efekcie tenis jak elitarny był – wcześniej z powodów ideologicznych, tak wciąż pozostał – dziś z powodów czysto ekonomicznych. Owszem, pojawiają się sponsorzy pokroju Lotosu, a wcześniej Prokomu, którzy pomagają – ale już tylko tej garstce upartych rozbitków, która się nie potopiła po drodze i jakoś dryfuje na podziurawionej tratwie, dając jeszcze oznaki zanikającego pulsu.

Cała masa innych – ambitnych, pracowitych, utalentowanych, rokujących – przesiadła się zapewne na statki z siatkarzami, piłkarzami, a może i specjalistami od młócki na gołe pięści; tam rodzice nie muszą przynajmniej ogłaszać upadłości konsumenckiej.

I tak zakrawa na cud, że z tej garstki, którą stać na inwestycję w tenisowe dzieci, wyrzucamy potem perełki na miarę Świątek, Radwańskiej, Kubota, Hurkacza czy wcześniej Fibaka. Doceńmy to, błagam! Wygląda jednak na to, że niewiele w tej materii miałoby się zmienić – choć sukces Igi Świątek wzbudził pewne obiecujące gesty, pytanie tylko, na jak dlugo.

Reasumując, co zostało powyżej udowodnione – gdyby wiadomy polski plebiscyt miał wygrać ceniony napastnik lutujący gole na chwałę niemieckiego klubu, kosztem największego sukcesu polskiego kiedykolwiek (!), byłby to dowód idiotyzmu kibica polskiego w swoim historycznym apogeum, przykrywającym trzema czapkami legendarne „Polacy, nic się nie stało!”. Oj, rodacy, wtedy to już nie zdzierżę!


Fot. PressFocus

Komentarze