Mucha nie siada. W czym tajemnica, dlaczego przegrał Krowicki

Wydawało się, że nie ma lepszego kandydata niż On. Wielkie doświadczenie, bogate CV w silnej lidze niemieckiej, trofea w europejskich pucharach, do tego ujmująca osobowość: kulturalny i porządny facet, otwarty na świat i ludzi, umiejący słuchać i mający sporo mądrego do powiedzenia, no i z odpowiednim – zdawało się – podejściem do kobiet, co w sporcie, i nie tylko przecież, wydaje się tak fundamentalne.

A jednak – klęska. Po trzech latach pracy z reprezentacją piłkarek ręcznych niemal wszyscy domagają się dymisji Leszka Krowickiego, a na czele tej krucjaty reporterka TVP lata z maczugą zamiast mikrofonu: „może pora się przyznać: nie podołałem, nie potrafiłem, nie miałem planu?”. Widać nie wystarczy, że na łopatkach leżysz; samemu, ledwo dysząc, trzeba jeszcze pazernemu światu oficjalnie wykrztusić, że leżysz naprawdę.

Być może Krowicki nie trafił w swój czas, przyszedł do Polski za późno. Był gorącym nazwiskiem w 2010 roku, ale wtedy nie mógł zerwać kontraktu w Bundeslidze, w Oldenburgu. Wzięto więc nieopierzonego, 37-letniego wówczas, Duńczyka Rasmussena, co okazało się strzałem w dziesiątkę i zakończyło dwoma półfinałami mistrzostw świata. To był jakiś radosny karnawał, a jego krótka powtarzalność każe do dziś niektórym fantastom wierzyć, że powinien być codziennym obowiązkiem. „Objąć kadrę po Rasmussenie było wyzwaniem graniczącym z cudem” – przyznała ostatnio kapitan kadry Karolina Kudłacz-Gloc. Jednak do żądnych krwi to nie przemawia.

Może Krowicki przegrał, bo jest Polakiem, a polskie dziewczęta słuchają się tylko cudzoziemca? Bo swój jest i będzie zawsze „be”, bez względu na to, jaki ma warsztat, czego dokonał, czy jest grzeczny i kulturalny, czy wprost przeciwnie, chamski i ordynarny. Tylko za obcym pójdą jak w ogień; na „swojego”, nawet zniemczonego, spoglądają spode łba, no bo musi być ignorantem bez krzty autorytetu.

I tak zakochane wciąż w Duńczyku polskie dziewczęta nie mogą otrząsnąć się z rozstania, celebrując syndrom opuszczenia – ktokolwiek nie przyszedłby na jego miejsce, byłby zawsze przegrany, bez szans w porównaniu z idealizowanym poprzednikiem.

Krowicki wie coś o tym – jest ceniony, ale w Niemczech. Tam publicznie dziękują mu i na szyję rzucają się Niemki, Holenderki, Czeszki. Z krajankami team spirit zbudować się nie udało, te raczej chciałyby go za szyję udusić. Dlaczego? Dlaczego coś, co sprawdzało się na Zachodzie, nie hula na Wschodzie? Wot sekriet…

Krowicki, nawet gdy wygrywał – jak towarzysko z mistrzyniami świata Francuzkami, a także Dunkami i Rumunkami, czy Szwedkami – najważniejsze mecze przegrywał i wszystkie poprzednie triumfy były psu na budę.

Gdy wygrywasz – bronią Cię wyniki, podopieczni nabierają zaufania: nawet jeżeli po drodze są męki, kłótnie i nerwy, to widać, że warto. Gdy przegrywasz, choćbyś nie wiem, jak był fajny, w końcu stracisz szacunek i autorytet, bo jesteś „looserem”. Stąd brały się spuszczone głowy i brak kontaktu z selekcjonerem podczas przerw w grze; stąd bezczelne pytania kapitan drużyny – by poszło w świat! – o jedną zagrywkę, którą do znudzenia analizowała na treningach; stąd insynuacje, że nie wiadomo, czy koniecznie akurat z tym panem dalej za rączkę.

Może Krowicki przegrał, bo nie potrafił znaleźć wspólnego języka z najważniejszymi zawodniczkami tej reprezentacji, jak Karolina Kudłacz-Gloc, Kinga Achruk (czy Kinga Grzyb), albo nie umiał z nich zrezygnować (Grzyb sama spasowała pół roku temu)?

Tak, to herezja wyobrazić sobie kadrę bez tych filarów; wszak w reprezentacji powinna być, choć namiastka ciągłości, trudno wymienić całą drużynę, a dla Krowickiego obie były łącznikiem między poprzednią a „nową”, autorską.

Jednak może jednak obie były jak zatruty jad? Sączyły kult poprzednika, narzucały młodszym swoją narrację, nie pozwalały młodszym zapomnieć, jak to kiedyś było super, a teraz jest tylko beznadzieja; może zwyczajnie zamiast być zwornikiem, były rozsadnikiem grupy, nokautowanej na raty z każdą kolejną porażką, z każdym nieudanym turniejem.

A i pod sportowym względem bywało przecież różnie – Kudłacz-Gloc właśnie przyznała, że w meczu z Serbią (przegranym 14 bramkami), po którym wszystko pękło, zagrała najgorzej w reprezentacyjnej karierze, trwającej przecież 15 lat!

Może wreszcie Krowicki przegrał, bo przegrałby każdy na jego miejscu? Taki jest po prostu stan żeńskiej piłki ręcznej w Polsce, który to stan wyznaczają haniebne wprost klęski polskich drużyn w europejskich pucharach, porażki młodzieży na wszystkich frontach, znikające z mapy kluby – nawet te, które ledwie co wdrapały się na szczyt, brak chętnych do utworzenia ligi zawodowej, czy wreszcie sportowy charakter – a raczej jego brak – „materiału ludzkiego” rezygnującego z karier w kwiecie wieku. Na to wszystko całe środowisko – nie sam Krowicki – pracowało latami. I właśnie zbiera plony.

 

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

Komentarze