Zobacz
Do góry

Mucha nie siada. Wszyscy żołnierze królowej

Jesteśmy lekkoatletyczną potęgą – obwieścił nie bez racji minister sportu Witold Bańka, wkrótce szef Światowej Agencji Antydopingowej, po bezprecedensowym i nader efektownym zwycięstwie polskiej reprezentacji w Drużynowych Mistrzostwach Europy.

W pokonanym polu nasi sportowcy zostawili takie siły światowej lekkoatletyki jak Niemcy, Francja czy Wielka Brytania. Z kontynentalnych nacji nie pobiliśmy tylko Rosjan. Jednak tylko dlatego, że ich reprezentacji w Bydgoszczy zwyczajnie nie było, odsuniętej na margines światowej lekkoatletyki za skandaliczne dopingowe przewiny całego tamtejszego sportowego aparatu.

Czy swoją lekkoatletyczną potęgę potwierdzimy za niespełna dwa miesiące na mistrzostwach świata w Katarze, a następnie za rok podczas igrzysk w Tokio w rywalizacji z Amerykanami, Jamajczykami, Afrykanami i Azjatami – to już się okaże; z ostatnich dwóch zawodów olimpijskich biało-czerwoni lekkoatleci przywozili po medale dwa-trzy, jakby nieco poniżej rozbujanych w ostatniej dekadzie aspiracji…

Jednak poczekajmy, jak mówią Rosjanie pożywiom – uwidiom. Na razie cześć i chwała bohaterom stadionu Zawiszy! Płyną gratulacje, lecą nagrody i ordery, pstrykają pamiątkowe zdjęcia… Na jednym z nich szczęśliwy minister obrony w towarzystwie kwiatu żołnierstwa polskiego: niewielkiej ciałem, ale ogromnej sercem „Zośki” Ennaoui, jej koleżanek ze złotej sztafety na czele z mistrzynią Europy Święty-Ersetic. A także innych wielce utytułowanych mistrzów królowej: dyskobola Małachowskiego, młociarza Nowickiego i kapitana Lewandowskiego, żołnierza numer jeden. Wszyscy w wyglancowanych buciorach, elegancko odprasowanych moro, zawadiacko przekrzywionych beretach i w mniej lub bardziej udanym uśmiechu…

Skąd to zamiłowanie sportowców do munduru, wojaczki i armii? Wcale nie wykluczam, że większość wymienionych – a być może i wszyscy – to od maleńkości do dorosłości pasjonaci militariów, którzy od zawsze marzyli o służbie ojczyźnie z karabinem.

Jednak jedno nie wyklucza drugiego. Zdradzę więc – bo może państwo nie wiecie – że armia niejako „kupuje” czołowych sportowców, płacąc im comiesięczny wcale niemały żołd; ci zaś w zamian mają obowiązek stanąć do zawodów dla „armiejców”, które obrosły już niemałą tradycją. W tym roku – dokładnie między 18 do 27 października w chińskim Wuhan – Światowe Igrzyska Wojskowe odbędą się już po raz siódmy.

Jednak wcale nie startują w nich szeregowi i kaprale Kowalscy czy Nowakowie. Tylko zwyczajnie zawodowi sportowcy, którzy no, jakoś tak, zostali zawodowymi żołnierzami; w sumie to tak jak ze słynnymi meczami dziennikarzy w futbol – by zagrał w nich autentyczny dziennikarz, musiałby najpierw wygryźć ze składu zawodowego kopacza, który parę razy rzucił kilka słów do mikrofonu. Powodzenia i… szable w dłoń!

Mucha nie siada. Figlarnik Probierz, czyli o głaskaniu i odlotach

Na ogół sportowcy są chętni – wiadomo, dzięki „wojskowym” profitom żyje się dostatniej. A i odłożyć na przyszłość więcej można, wszak kariera trwa krótko.

Jednak każda szabla dwa końce ma. Podczas niedawnych mistrzostw Polski w tenisie doszło do kuriozalnej sytuacji. Broniąca tytułu Marta Leśniak kursowała między Wrocławiem a Gliwicami – w tym pierwszym właśnie odbywała szkolenie, biegając po poligonie z karabinem, w tym drugim – po kilkugodzinnej podróży przez dwa dni tam i z powrotem – próbowała sprostać sportowej rywalizacji. Nie udało się – przegrała już w ćwierćfinale… Ale przysięga jaka była!

I tu zagadka. Czy lekkoatleci, którym światowa federacja IAAF i tak już zafundowała najdłuższy sezon w historii, organizując mistrzostwa świata na przełomie września i października (wcześniej się nie dało, bo inaczej sportowcy by się w Katarze usmażyli), polecą jeszcze jesienią do Chin, by biegać, skakać i rzucać na chwałę armii Rzeczypospolitej, zamiast – jak to zwykle mieli w zwyczaju – odpoczywać w październiku po wyczerpującym sezonie i ładować akumulatory przed najważniejszym sezonem czterolecia, a więc olimpijskim?

Nie zamierzam wchodzić w żadne spory ideologiczne. Staram się zrozumieć zawodowych sportowców innych niż przepłacani piłkarze, dla których każde źródełko jest cenne. Osobiście ten wojskowy klimat budowany wokół sportu średnio mi jednak pasuje; wolałbym, żeby sport i sportowa rywalizacja pozostały sportem, a nie przenosiły się na inne obszary życia. Mam mieszane uczucia, czy nie odbywa się tu z reguły jakaś psychologiczna manipulacja utalentowanymi młodymi ludźmi, nie uciekając przy tym od spostrzeżenia, że Europa (świat) od kilku lat znów się militaryzują, a czym się to kończyło, powinniśmy pamiętać nader dobrze z historii dwudziestego stulecia.

Z perspektywy „niepolitycznej” jestem ciekawy natomiast, jaki stosunek do tej wojskowej aktywności mają trenerzy, fizjolodzy, lekarze, a także psychologowie naszych gwiazd. Czy młody, skoczny, silny i szybki polski sportowiec, który marzy o olimpijskim medalu jako najważniejszym życiowym celu, nie powinien podporządkować temu wszystkiego, a więc może i zrezygnować z prowincjonalnych sołdackich wygibasów? Czy jednak jest materiałem nie do zdarcia i eksploatowania, ile fabryka daje, a powyższe dylematy to tylko ot, marudzenie i zawracanie głowy? Otwórzmy może jednak tę puszkę Pandory…

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

 

Murapol, najlepsze miejsca na świecie I Kampania z Ambasadorem Andrzejem Bargielem

 

Komentarze

Więcej w felietony