Paweł z drugiej strony koronabarykady

 

Po turyńczyku obecność koronawirusa zaczęto wykrywać u kolejnych graczy Serie A, w tym m.in. u Bartosza Bereszyńskiego. Równolegle – w ciągu kilkunastu godzin – „zainfekowane” zostały boiska niemieckie (Timo Hübers z Hannoveru 96), angielskie (Callum Hudson-Odoi z Chelsea), hiszpańskie (Ezequiel Garay i Eliaquim Mangala z Valencii).

Środowisko futbolowe – jak każde inne w dzisiejszej dobie – nie jest wyłączone z triumfalnego (niestety…) pochodu COVID-19 przez świat. Najpewniejszą – choć przecież owej stuprocentowej pewności nie dającą… – metodą uniknięcia zarażenia jest izolacja; stąd oczywiste zawieszenie wszystkich boiskowych potyczek.

Z wyjątkiem Białorusi oczywiście, gdzie właśnie ligowy futbol – obok 50 gramów wódki codziennie i dwu-trzykrotnej wizyty w saunie w ciągu tygodnia – jawi się metodą Aleksandra Łukaszenki na walkę z pandemią…

Ratownik z Hutnika

Białoruski Brześć, położony tuż przy granicy z Polską, od Ciechanowa dzieli 260 kilometrów – niecałe 4 godziny jazdy samochodem, jak pokazuje nawigacja. To oczywiście tylko teoria: koronawirus (i stan epidemii ogłoszony w kraju) sprawił, że dziś już nawet posiadanie wizy nie wystarczy do przekroczenia szlabanu granicznego.

Ale i bez przybyszów ze wschodu Paweł Giel ma ręce pełne roboty, a serce – pełne niepokoju o swych najbliższych, i o kolegów z pracy. Z drugiej strony – jako pracownik Państwowego Ratownictwa Medycznego – nie może przecież szefom powiedzieć „nie”, gdy przychodzi dyspozycja wyjazdu do pacjenta; również tego podejrzewanego o zarażenie koronawirusem. Zresztą…

Paweł z drugiej strony koronabarykady – ratownik i strażak. Zdjęcia: Instagram.com/pawg89

– Kocham tę robotę. Wciągnęła mnie bardzo – mówi o swej roli ratownika medycznego, sprawowanej od trzech lat, aktywny wciąż na ligowych boiskach zawodnik. Dziś już tylko czwartoligowego Hutnika Warszawa, ale przecież ma Paweł w swym futbolowym CV także mecze w ekstraklasie (GKS Bełchatów) i na jej zapleczu (Ruch Radzionków, Warta Poznań).

W tej pierwszej – co pokazuje choćby fotka – Giel zmagał się m.in. z Golem (Januszem, wtedy w barwach Legii); w dobie dzisiejszej zarazy przyszło mu stanąć oko w oko z wirusem.

#niekłammedyka

– Rzeczywiście; w naszej ciechanowskiej stacji pogotowia byliśmy pierwszym zespołem ratowniczym, który wysłany został do pacjenta z podejrzeniem koronawirusa – Paweł wspomina wydarzenia sprzed nieco ponad trzech tygodni; parę dni po tym, gdy minister Łukasz Szumowski ogłosił, iż epidemia dotarła także do Polski.

Paweł z drugiej strony koronabarykady – ratownik i strażak. Zdjęcia: Instagram.com/pawg89

– Wywiad telefoniczny, przeprowadzony przez naszego dyspozytora wskazywał na to, że jest zagrożenie obecnością COVID-19 u wzywającego karetkę. To był chłopak mniej więcej w moim wieku (Paweł to rocznik 1989), który przyznał, że nieco wcześniej wrócił z Francji.

Po powrocie poczuł się źle, więc zgłosił się nawet do szpitala, ale po badaniach odesłano go do domu. Ponieważ jednak nastąpiło pogorszenie samopoczucia, zatelefonował na pogotowie.

– Choć były to dopiero pierwsze dni epidemii w kraju, zastosowaliśmy wszelkie niezbędne procedury, zarówno przed kontaktem z pacjentem, jak i po odwiezieniu go na oddział zakaźny ciechanowskiego szpitala – tłumaczy Paweł Giel.

A więc: odpowiedni kombinezon, specjalne obuwie, dwie pary rękawiczek, okulary ochronne, maska na twarz, kaptur – to przed wizytą u chorego. A potem: dezynfekcja wyposażenia oraz samego ambulansu (jeszcze wciąż w stroju ochronnym), wreszcie dezynfekcja całej załogi karetki, a więc kierowcy, lekarza i ratownika medycznego – czyli wychowanka „Cidrów”.

– Na ten czas byliśmy wyłączeni z wszelkich akcji. W 70-tysięcznym powiecie zostały wtedy tylko dwa zespoły ratownicze – wyjaśnia nasz rozmówca. Na dodatek oba tzw. podstawowe – jedynie z ratownikami w składzie. Paweł należy do zespołu specjalistycznego, z obecnością lekarza – najczęściej wysoko wykwalifikowanego chirurga bądź anestezjologa.

– Dlatego tak istotna już w momencie wzywania karetki jest przekazanie dyspozytorowi wiadomości o możliwości zarażenia pacjenta koronawirusem.

Możliwość odpowiedniego przygotowania się załogi do kontaktu z taką osobą wymagającą pomocy skraca późniejszy okres „pointerwencyjnej kwarantanny” przedstawicieli służb ratunkowych.

– Ale ludzie, dzwoniąc po karetkę, i tak zatajają często informacje. Wiele z nich ujawniamy dopiero po przyjeździe do pacjenta, robiąc dodatkowy obowiązkowy wywiad – mówi ze smutkiem Paweł Giel. Z pełną mocą – w dobie pandemii – odwołuje się równocześnie do znanego z serwisów społecznościowych hashtagu „#niekłammedyka”.

– Druga z trzech załóg w naszym ciechanowskim pogotowiu – po wcześniejszym „ujemnym wywiadzie” przeprowadzonym przez dyspozytora – dopiero po przyjeździe do pacjenta dowiedziała się od rodziny, że tenże od jakiegoś czasu zmaga się z ponadczterdziestostopniową gorączką. Chłopaki poddani zostali przymusowej kwarantannie, a w tym czasie dwa zespoły ratownicze wykonywać musiały robotę trzech ekip.

Strażak genetyczny

Wspomniany na wstępie przypadek chłopaka wracającego z Francji był – przynajmiej do momentu naszej rozmowy z Pawłem (w sobotę) – jedynym, w którym załoga jego ambulansu stanąć musiała oko w oko z podejrzeniem obecności COVID-19. Podejrzeniem – piszemy, bo późniejsze testy u chorego nie potwierdziły zarażenia.

– Informację o tym dostaliśmy ok. 14.00 następnego dnia po interwencji. „Paweł, spoko, nie stwierdzono wirusa u gościa” – usłyszałem w słuchawce od znajomego ze szpitala i kamień spadł mi z serca. Tych kilkanaście godzin oczekiwania dłużyło się bowiem niemiłosiernie. Niepokój towarzyszący temu czekaniu trudno opisać. Człowiekowi różne myśli przebiegają przez głowę. Wiadomo, masz rodzinę, znajomych w pracy – dodaje były ligowiec.

No właśnie; w pracy… Dodać trzeba w tym miejscu, że rola ratownika medycznego to dla Pawła przede wszystkim… pasja i dodatkowe zajęcie. – Grając w Odrze Opole (sezon 2013/14 – dop. red.), zacząłem zastanawiać się nad moim „życiem po życiu”, czyli zajęciu po zakończeniu gry w piłkę.

Miałem niespełna 25 lat, mogłem jeszcze przez ładnych kilka sezonów żyć tylko z futbolu, ale… Po pierwsze – w naszej rzeczywistości dwu-trzymiesięczne poślizgi w wypłatach z klubu to norma – wyjaśnia Giel, przywołując przykład brata Piotra. Bliźniak do dziś z piłki żyje, jest obecnie zawodnikiem drugoligowej Bytovii i wciąż wyznaje zasadę, że dwie lub trzy zaległe wypłaty to żadna zaległość.

– Po drugie zaś – w końcu kiedyś sił i zdolności już by zaczęło brakować. Dlatego szukałem „normalnego” zawodu – uśmiecha się nasz rozmówca. Z pomocą przyszła rozmowa z dziewczyną oraz… geny. Wraz z tymi ostatnimi Paweł otrzymał… sympatię do straży pożarnej; ojciec bliźniaków, brygadzista Krzysztof Giel, od ponad trzech dekad jest zawodowym strażakiem, aktualnie pełni rolę dowódca jednostki ratowniczo-gaśniczej Komendy Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Bytomiu.

Dlatego jego syn najpierw został strażakiem-ochotnikiem, zaś od dwóch lat – po zaliczeniu specjalnych testów oraz siedmiomiesięcznym szkoleniu – jest etatowym pracownikiem PSP w Warszawie. – I to jest moja podstawowa praca. Dyżur od ósmej do ósmej, a potem dwie doby wolnego. Część tego czasu poświęcam właśnie na to, co sprawia mi frajdę: wcielanie się w ratownika medycznego – tłumaczy Paweł.

„Pan tu podpisze”

Sama rola ratownika też oczywiście wymagała stosownego przygotowania. I tu z pomocą przyszedł… futbol. Giel podjął studia licencjackie na Uniwersytecie Rzeszowskim w okresie występów (sezony 2014/15 i 2015/16) w Stali Stalowa Wola.

– Zgłosiłem akces na kierunek „Fizjoterapia i ratownictwo medyczne” – opowiada. – „Co pan wybiera?” – zapytała mnie pani w rektoracie. Nie potrafiłem się zdecydować, więc… wybrała za mnie. „Pan tu podpisze” – wskazała na ratownictwo. No i tak mi zostało. Ale nie żałuję! – zapewnia.

Studiował w systemie zaocznym, co wymagało trochę zachodu i sporo wysiłku. – Często w sobotę już przed 6.00 byłem na nogach, by dojechać 70 kilometrów do Rzeszowa, zaliczyć część zajęć i na 12.30 zdążyć z powrotem do Stalowej Woli na zbiórkę przed meczem ligowym. Ale warto było się postarać – mówi.

Jeden z trzynastu ligowych występów ratownika z Ciechanowa: Giel (Paweł) kontra Gol (Janusz), czyli GKS Bełchatów kontra Legia w sezonie 2011/12. Fot. Rafał Oleksiewicz/PressFocus

Po wygaśnięciu dwuletniej umowy przyszły oferty z innych klubów drugiej ligi. Trudno było jednak zrezygnować z dwuletniego dorobku studenckiego w systemie trzyletniego licencjatu.

– Trener „Stalówki”, Ryszard Kuźma, zgłosił moją kandydaturę władzom trzecioligowej wtedy Stali Rzeszów. A tam „kupiono” ten pomysł; zwłaszcza że dobre słowo szepnął też o mnie Jaromir Wieprzęć (opiekun SSW w sezonie 2014/15).

Paweł pograł więc jeszcze przez rok na Podkarpaciu. Kontrakt ze Stalą – choć to tylko czwarty szczebel rozgrywkowy – wystarczył w zupełności na to, by mógł dokończyć studia bez konieczności podejmowania dodatkowej pracy zarobkowej. Latem 2017 zakończenie sezonu zbiegło się z obroną licencjatu i decyzją o… zakończeniu gry w piłkę.

Tak się przynajmniej wówczas Pawłowi wydawało; podjął wtedy – wraz z przywoływaną już tu parokrotnie partnerką życiową – decyzję o przeprowadzce do stolicy i skupieniu się na pracy zawodowej. – Oferty piłkarskie były: z Polonii Warszawa, ze Świtu Nowy Dwór Mazowiecki… Zbiegły się też z pomysłem wyjazdu do Anglii i szukaniu tam roboty w roli ratownika medycznego – wspomina Paweł. Ostatecznie jednak pozostał w kraju i… nie narzeka.

Najpierw było zatrudnienie w Wojskowym Instytucie Medycznym (na SOR-ze), potem – wspomniany akces do Państwowej Straży Pożarnej. Przy okazji zaś kopał piłkę w zespole futsalowym. I stamtąd skaperowano go do Hutnika Warszawa, grającego wówczas w okręgówce.

Szybko przyszedł awans do IV ligi, a w obecnym sezonie „hutnikom” zamarzyła się nawet liga trzecia. Jesień skończyli na miejscu trzecim, z czteropunktową stratą do liderującego Drukarza. Wiosnę zacząć mieli od ważnego starcia z zajmującym czwartą pozycję KS Łomianki. Mieli; dwa dni przed inauguracją rundy, zawieszono wszelkie rozgrywki piłkarskie.

Fot. Łukasz Sobala/Press Focus

– Co będzie dalej? Nie wiem. Wiem, że tęsknię już za piłką, ale… chyba będzie trzeba jeszcze na nią poczekać. Według wszelkich obliczeń, dopiero około 20 kwietnia spodziewać się można w Polsce szczytu zachorowań. Mało prawdopodobne jest zatem, że – jak to wstępnie założono – 24 kwietnia drużyny wrócą na boiska. Bardziej realny jest scenariusz, w myśl którego gra rozpocznie się dopiero w sierpniu, a więc wraz z początkiem nowego sezonu – przewiduje nasz rozmówca.

Porzekadło prawdę ci powie

Ile razy do tego czasu przyjdzie mu zetknąć się z pacjentami – nosicielami COVID-19? Oby… jak najmniej, a najlepiej wcale. Bo inna robota ratownika medycznego mu niestraszna. Owszem, wciąż trudno mu przełknąć sam – jak to nazywa – „mechanizm urazu” (na przykład – by dobrze zrozumieć – moment skoku samobójcy z dużej wysokości: „W tamtej chwili po prostu odwróciłem głowę”…), ale (u)ratowanie ludzkiego życia daje mu wielką satysfakcję.

– Wiele razy pomagaliśmy człowiekowi w stanie zagrożenia tegoż życia, na przykład zatrzymania krążenia. Pamiętam pacjenta z tak poważnym obrzękiem płuc, że gdybyśmy spóźnili się choćby o trzy minuty, nie doczekałby naszego przyjazdu. Po wszystkich naszych zabiegach udało się nam jednak odstawić go na OIOM w całkiem niezłym stanie – wspomina.

Na koniec zaś – by atmosferę „koronawirusowego” czarnowidztwa nieco rozchmurzyć – przywołuje Paweł Giel porzekadło szalenie w jego obecnym środowisku zawodowym popularne: „Nie ma takiego bólu pacjenta, którego by nie zniósł… ratownik medyczny”. Trochę brutalne i trochę przekorne (z punktu widzenia ratowanego) – ale przecież prawdziwe….

A samemu Pawłowi – i kolegom po fachu, choćby tylko (jak on) na umowę-zlecenie – w tych niezwyczajnych czasach życzymy nadzwyczajnej wytrzymałości. I dziękujemy za wszystko!

Kazimierz Rutka

 

PS. W środowisku piłkarskim, zwłaszcza wśród futbolistów-amatorów, Paweł Giel nie jest jedynym przedstawicielem służb ratownictwa medycznego. Pracuje w tej branży na przykład jego… niegdysiejszy kolega ze Stali Rzeszów. Adam Wasiluk uniform ratownika wdziewa na zmianę ze strojem bramkarza Orląt Radzyń Podlaski.

 

Komentarze