Zobacz
Do góry

Podbeskidzie. Bezbłędny, ale…

Po zakontraktowaniu Martina Polaczka sporo sobie pod Klimczokiem obiecywano. Czy słowacki golkiper spełnił oczekiwania kibiców?

W zakończonej w miniony weekend rundzie jesiennej rozgrywek I ligi jednym z zawodników, dla którego było to premierowe, niespełna pół roku ligowego grania w barwach Podbeskidzia był Martin Polaczek. Przypomnijmy, że latem władze bielskiego klubu długo i ze sporą determinacją poszukiwały wartościowego bramkarza. Prezes Bogdan Kłys zwracał uwagę na fakt, że w poprzednim sezonie zespół stracił za dużo bramek i dlatego „górale” przygotowali się na pozyskanie bramkarza z górnej półki, jak na pierwszoligowe realia. W kontekście zakontraktowania nowego golkipera padały rzeczywiście poważne nazwiska. Mówiono o Łukaszu Załusce, czy Marianie Kelemenie. Ostatecznie wybór padł na Martina Polaczka, znanego z wcześniejszych występów w Zagłębiu Lubin, z którym słowacki golkiper grał nawet w europejskich pucharach.
Zasadniczo decyzji tej, kiedy w końcu udało się podpisać z Polaczkiem kontrakt na rok, z opcją przedłużenia na dwa kolejne sezony, przyklaśnięto. Choć jednocześnie zdawano sobie sprawę, że zawodnik ten nie przychodzi grać do Podbeskidzia za „czapkę gruszek” i będzie miał jeden z najwyższych, o ile nie najwyższy kontrakt w zespole. Czy po zakończeniu jesiennego grania w tym roku można powiedzieć, że Polaczek spełnił oczekiwania kibiców? Pewnie zdania w tej kwestii będą podzielone. Bo z jednej strony Słowak nie popełnił jakiegoś rażącego błędów, ale z drugiej nie było takiego meczu – szczególnie mamy na myśli spotkania, w których „górale” tracili punktu – aby Polaczek zdecydowanie pomógł drużynie. Świadczą o tym liczby.

Słowak wystąpił w tym sezonie w 14 spotkaniach Podbeskidzia. Wpuścił 16 bramek, ale tylko dwa razy zachował czyste konto. W sześciu meczach, kiedy Polaczek leczył pękniętą kość jarzmową, zastępował go Rafał Leszczyński i poradził sobie całkiem nieźle, bo wpuścił pięć bramek i również dwukrotnie zagrał na zero z tyłu. W ostatnim meczu podstawowy bramkarz został pokonany dwa razy przez graczy Stali Mielec. W obu przypadkach niewiele jednak miał do powiedzenia.

– Ostatni mecz w tym roku był bardzo trudny, choć byliśmy do niego przygotowani – mówił 29-letni golkiper.

– Początek spotkania na pewno nam nie wyszedł. Nie potoczył się tak, jak to sobie planowaliśmy. Potem robiliśmy to, co do nas należało i wyglądało to lepiej. To był otwarty mecz i szkoda, że nie zdobyliśmy w nim punktów – powiedział gracz Podbeskidzia, któremu ciężko było ocenić, dlaczego właśnie w taki sposób zespół wszedł w spotkanie, tracąc dwa szybkie gole. – Trudno powiedzieć, z czego wynikał taki początek tego meczu. Najważniejsze, że później zaczęliśmy grać swoje i stwarzaliśmy sytuacje. Bramkarz przeciwnika bardzo dobrze jednak interweniował. A my byliśmy nieskuteczni i na pewno szkoda tych sytuacji i tego wyniku. Mieliśmy dużo okazji, ale nie strzeliliśmy więcej bramek – podkreślił Martin Polaczek.

W ocenia słowackiego bramkarza zakończona właśnie jesień w rozgrywkach I-ligowych była dla jego zespołu udana. Wszakże Podbeskidzie wygrało 11 spotkań, a w 7 z nich między słupkami stał właśnie Polaczek. Pod tym względem, proporcjonalnie, również lepszy był jego zmiennik, czyli Rafał Leszczyński, który wygrał 4 z 6 meczów.

– Jestem zadowolony z naszej postawy. Myślę, że kibicom mogła podobać się nasza gra na przestrzeni całej rundy. Do miejsca gwarantującego bezpośredni awans do ekstraklasy mamy tylko punkt straty, czyli walczymy o swój cel. Jesteśmy na podium i cały czas blisko czołówki. Wierzę, że na wiosnę dalej będzie się nam dobrze grało i będziemy walczyć o upragniony awans do ekstraklasy – podkreślił golkiper „górali”.

Na zdjęciu: Martin Polaczek nie popełnił w tej rundzie rażącego błędu, ale chyba kibice oczekiwali po nim nieco więcej.

Komentarze