Truskawka na torcie: To koniec wyścigu żółwi. Lech nie wytrzymał presji

Najpierw był wyścig żółwi, a potem okazało się, że najrówniej w całej stawce gra Legia Warszawa. Mimo że nie powala na kolana, z formą trafiła w najlepszym momencie rundy finałowej. Nie oszukujmy się zresztą – po dużych zawirowaniach najważniejsze są wyniki; najpierw trzeba zacząć wygrywać, wywalczyć swoje, a na myślenie o stylu czas może przyjść dopiero w następnej kolejności. A obrońca tytułu zaczął zwyciężać, zaś na trudnym terenie w Białymstoku umiał zremisować; i wyłącznie to się liczy. Pewnie – Legia ma trochę szczęścia, może nawet sporo, lecz o tym nikt nie będzie za chwilę pamiętał. Gorzej natomiast, że w świadomości kibiców i rywali – również zagranicznych – pozostanie 11 ligowych porażek, które dotąd poniósł główny w tym momencie pretendent do tytułu. Kiedy prowadziłem Jagiellonię, z 10 przegranymi można było myśleć co najwyżej o 10. miejscu w tabeli. To pokazuje, w którym kierunku poszedł poziom w lidze. Wzmocnienia w Legii latem są nieuniknione i to niezależnie od tego, które ostatecznie miejsce zajmie. Już wiadomo, że zagra w pucharach, więc mądre transfery powinny być przygotowywane i dopinane. Podkreślam – mądre.
Szczerze przyznam, że jestem zszokowany postawą Lecha na finiszu rozgrywek. Kolejorz nie jest przecież zespołem, który nie potrafi grać, przeciwnie – jest w nim dużo piłkarskiej jakości. Brakuje natomiast charakteru. Presja, która pojawiła się wraz z szansą na tytuł mistrzowski – a przecież po rundzie zasadniczej zespół z Bułgarskiej uchodził za największego faworyta – zupełnie sparaliżowała poznańskich zawodników. Tak jak wcześniej pękali w spotkaniach wyjazdowych, tak w rundzie finałowej nie wytrzymali ciśnienia w meczach przed własną publicznością. Inaczej nie da się przecież wytłumaczyć prowadzenia Górnika aż 4:0 w spotkaniu w Wielkopolsce, które ostatecznie skończyło się wynikiem 4:2. Bo to dowód, że Lech pozbierał się dopiero wówczas, i wrócił do meczu, kiedy rezultat został już rozstrzygnięty. „Spinka” zeszła z wszystkich piłkarzy właściwie samoistnie i dopiero wtedy zaczęli grać na satysfakcjonującym poziomie, kiedy było już pozamiatane.
Na finiszu przebudził się za to Górnik, zabrzanie w rundzie finałowej punktują na poziomie Legii, więc w najlepszym momencie udowadniają, że kłopoty, które pojawiły się w trakcie sezonu, były przejściowe. I nie wynikały z błędów w prowadzeniu drużyny; przyczyną były kontuzje oraz kartki. Praca Marcina Brosza z młodzieżą przyniosła niespodziewanie dobre efekty, kilka nowych twarzy już bardzo mocno wpisało się w krajobraz ekstraklasy, a teraz pojawiły się kolejne. Choćby Marcin Urynowicz, który regularnie zaczął strzelać bramki. Fajna robota zabrzańskiego szkoleniowca przynosi zatem wymierne efekty. Na tyle, że Górnik wcale nie musi się jakoś szczególnie wzmacniać przed następnym sezonem, nawet jeśli – czego z całego serca życzę – wystąpi w pucharach, na które czeka już bardzo długo. Stanowczo zbyt długo, jeśli weźmie się pod uwagę przepiękną historię klubu z Roosevelta.