Z drugiej strony. OdVARcie się od VAR-u!

Szał niebieskich ciał na murawie, na ławce i na trybunach, ale sędzia główny otrzymuje sygnał od Video Assistant Referee. Stop! Skąd pewność, że jest sygnał z VAR-u? Nie może być inaczej. Przekroczenie przepisów było tak minimalne, iż nie zasygnalizował go sędzia boczny. Nie widział go sędzia najważniejszy, więc pozostał tylko VAR z jego sokolimi oczami! Turecki rozjemca nawet nie podchodzi do telewizora, tylko słucha. Za moment odgwizduje spalonego, a hasło, bodaj „no goal, offside”, ukazuje się na telebimie. I co? Oczywiście teraz radość w części hołdującej Tottenhamowi, a szkoleniowiec City, Pep Guardiola, wygląda jak oblany lodowatą wodą, jednak… nie dostaje szału, nie rzuca marynarką (w jego wypadku gustownym swetrem), nie wyzywa sędziów od najgorszych, nie wietrzy spisku, nie prowokuje publiczności, wobec czego nie zostaje wyrzucony na trybuny!

Nie robi tego wszystkiego także wcześniej, gdy VAR potwierdza fakt, że bramka „Kogutów” na 3:4, czyli dająca awans Tottenhamowi, nie została zdobyta ręką, choć to sygnalizowali gospodarze. Guardiola łapie się tylko za głowę. Jak to jest możliwe, że reaguje tak powściągliwie, mimo że po dwukrotnej (!) interwencji elektroniki jego klub traci nie tylko szanse na sportowy sukces, ale też kilka milionów euro – za półfinał Ligi Mistrzów, a może i ewentualny finał, który przecież mógłby wygrać? Znów wytłumaczenie jest tylko jedno: w świecie futbolu na najwyższym poziomie VAR jest traktowany tak, jak powinien: jako rzecz nie do podważenia – kilka par oczu, obraz z wielu kamer, powtórki w zwolnionym i bardzo zwolnionym tempie muszą dać jednoznaczną ocenę sytuacji, bo po to o taką pomoc dla sędziów długo walczono!

Chwaliliśmy się faktem, iż VAR w naszej ekstraklasie wprowadziliśmy jako jedni z pierwszych, ale szybko zaczęliśmy jego (VAR-u) efekty podważać. Najczęściej czynią to szkoleniowcy (nie wszyscy oczywiście, ale zwłaszcza jeden z kraju ościennego, który to kraj bardzo spopularyzował kiedyś Adam Mickiewicz) – grzmią na „sokole oczy”, a wewnątrz powinni się cieszyć, bo jak działacze będą ich (trenerów) rozliczać z marnych efektów pracy, to łatwo powiedzą: „mielibyśmy wiele punktów więcej, gdyby nie ten Vredny Arogancki Rabuś!”. Trenerom to nawet trudno się dziwić, ale działania sędziów z VAR-obusu często podważają sprawozdawcy telewizyjni. Oni wiedzą, że „powinien być karny” i potem do końca relacji powtarzają „gdyby sędzia podyktował wtedy słusznego karnego, to ten mecz inaczej by wyglądał”. I właśnie TVAR (Television Assistant Referee), oprócz oczywiście trenerów, powinien brać przykład z Pepa Guardioli!

 

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

Komentarze