Z lamusa. Puchar dla trzecioligowca

„Ten finał Pucharu Polski na pewno przejdzie do historii imprezy” – pisał w czerwcu 1983 roku katowicki „Sport”, po niespodziewanym czy sensacyjnym triumfie gdańszczan.

Eliminowali faworytów

„Czyż ktokolwiek mógł przewidzieć, iż jedenastka walcząca w III lidze zdystansuje kolejno kwartet przedstawicieli ekstraklasy, by sięgnąć po Puchar, wywalczając kilka dni wcześniej miejsce w II lidze. Sensacja? Niespodzianka? Niedoskonały regulamin? Nie dość poważne potraktowanie turnieju przez teamy ekstraklasy? Wszystko po trosze. Z drugiej strony byłoby nietaktem uznawać wyczyn ulubieńców Trójmiasta za dzieło przypadku. Zdystansowanie siedmiu rywali, w tym pięciu z wyższych klas, taką interpretację wyklucza” – słusznie zauważał „Sport”.

Lechia notowała w swojej historii wzloty i upadki. „Biało-zieloni” byli liczącym się klubem w polskiej piłce w połowie lat 50. Kierowana na boisku przez świetnego Romana Korynta, 34-krotnego reprezentanta Polski drużyna, w 1955 roku zagrała w finale Pucharu Polski, gdzie przegrała decydujące spotkanie z Legią, a rok później zajęła w lidze 3 miejsce, co do dziś jest najwyższą lokatą, jaką gdańszczanie zajęli w ekstraklasie.

Potem przyszedł znacznie gorszy czas i w latach 60., 70. i na początku 80. Lechia pałętała się na trzecim poziomie rozgrywkowym. Aż przyszedł historyczny dla jedenastki z Pomorza sezon 1982/83. Drużyna prowadzona przez Jerzego Jastrzębowskiego szła jak burza w lidze i w Pucharze Polski, gdzie ogrywała kolejnych rywali z ekstraklasy. Na koncie miała ich wtedy kilku. W 1/16 pokonała na swoim stadionie ówczesnego mistrza Polski i późniejszego półfinalistę Pucharu Europy Mistrzów Krajowych Widzewa Łódź. Po dogrywce było 1:1. Karne skończyły się rezultatem 5-4 na korzyść gdańszczan.

Talentu nie brakowało

Potem przyszła wygrana ze Śląskiem Wrocław 3:0, a w ćwierćfinale z Zagłębiem Sosnowiec 1:0. Z kolei w półfinale kolejny horror związany z karnymi. Po 120 minutach gry 0:0 z Ruchem Chorzów. Jedenastki na korzyść gdańszczan. 3-1 i wielki finał!

Jednym z liderów zespołu prowadzonego przez trenera Jastrzębowskiego był doświadczony 32-letni obrońca Lech Kulawicki, a także młodzi i gniewni, boczny obrońca, reprezentant Polski juniorów Andrzej Marchel, a także dwójka nastolatków biegających z przodu: Dariusz Wójtowicz i Jacek Grembocki. Ten ostatni znany jest głównie jako obrońca, na tej pozycji przez wiele lat grał przecież potem w Górniku, z wielkimi zresztą sukcesami, wtedy jednak występował w przedniej linii.

– Tak było od dziecka. Byłem wtedy jednym z najbardziej utalentowanych zawodników na Pomorzu. Wielu przepowiadało, że zagram w jakimś markowym klubie na Zachodzie. Wtedy akurat z Piastem zagrałem na prawej pomocy, a potem na boczną obronę przesunął mnie Wojciech Łazarek – opowiada dziś Grembocki.

Nie mogli się równać z Piastem

Faworytem meczu, który odbył się w Piotrkowie Trybunalskim, był jednak grający na zapleczu ekstraklasy Piast. „Gliwiczanie pewni swego” – pisała w zapowiedzi tamtego finałowego spotkania nasza gazeta. W składzie gliwiczan na finałowy mecz było kilku zawodników, którzy pamiętali jeszcze finał Pucharu Polski rozegrany z Zagłębiem na Stadionie Śląskim, który sosnowiczanie wygrali 2:0. Było to w 1978 roku. Byli to Marcin Żemaitis, Ryszard Kałużyński oraz Marian Brzezoń.

– Był też przede wszystkim Marek Majka, z którym potem grałem w Górniku. Świetny piłkarz. Kilka miesięcy później graliśmy z nimi już na zapleczu ekstraklasy i wystarczyło spojrzeć na parkingi, jakimi samochodami jeździli piłkarze z Gliwic, a jakimi my. U nas samochód miał Lech Kulwicki, Jerzy Kruszczyński, który przyszedł do nas po tym finale i Andrzej Marchel. Nie mogliśmy się równać w tamtym czasie finansowo z klubami z Górnego Śląska. Talony na samochody, mieszkania… Na Wybrzeżu było pod tym względem zupełnie inaczej, była posucha i kryzys. Wielu chłopaków mieszkało w hotelach robotniczych czy z rodzicami – wspomina Grembocki.

Milicja, ORMO i wojsko

Do Piotrkowa zjechało sporo fanów obu zespołów. Piast rozprowadził lekką ręką 3 tys. biletów. Lechia aż 5 tysięcy. Obawiano się zadym, jak było to choćby trzy lata wcześniej w Częstochowie przy okazji meczu Lech – Legia, kiedy były nawet ofiary śmiertelne, a miasto na wiele godzin było sparaliżowane. W 1983 roku było jednak spokojniej, trwał jeszcze stan wojenny i komunistyczna władza pilnowała się jak mogła.

Finału, podczas rozegranego w środku tygodnia spotkania, pilnowali funkcjonariusze MO wspomagani przez ORMO, wojsko, OHP (Ochotnicze Hufce Pracy) i służbę porządkową. Zatrzymano siedmiu fanów Lechii, a w depozycie stadionowym zarekwirowano „jedynie” siedem butelek alkoholu…

Na widowni zasiadło 16 tys. kibiców, spośród których spora część, podczas grania hymnu nie wstała z miejsc. Na trybunach był prezes PZPN Włodzimierz Reczek, selekcjoner Antoni Piechniczek i znani sędziowie, jak zmarły przed kilkoma dniami Alojzy Jarguz czy Roman Kostrzewski.

Mógł przejść do historii

Mecz ustawiła szybko zdobyta bramka przez napastnika Lechii Krzysztofa Górskiego. Dla wielu był to taki chichy bohater tamtej finałowej potyczki. Po meczu tego trafienia nie mógł odżałować golkiper Piasta Jan Szczech. – Ten gol będzie mi się śnić po nocach. Piłka w ostatniej chwili skozłowała, na moment zawahałem się czy ją odbić czy złapać i było już za późno. Zdenerwowany popełniłem jeszcze parę błędów. Szkoda, wielka szkoda – smucił się po meczu bramkarz Piasta, którego do przerwy zaskoczył jeszcze Marek Kowalczyk. Trafienie z jedenastki Kałużyńskiego na niewiele się zdało, bo w drugiej połowie jedenastka z Pomorza utrzymała jednobramkową przewagę i mogła się cieszyć z sensacyjnego triumfu.

„Gliwiczanom nie udało się – po nieoczekiwanej stracie bramki – do końca odzyskać równowagi. Trener Lechii narzekał, że w drugiej linii jego zespołu (m.in. osiemnastolatkowie Grembocki i Wójtowicz) brakowało lidera z prawdziwego zdarzenia, potrafiącego pomóc kolegom uporządkować szyki w trudnych sytuacjach, ale nie dostrzegliśmy też prawdziwego reżysera gry w drużynie z Gliwic” – pisał „Sport”.

– Przy 1:0 mogłem wpisać się na listę strzelców i przejść do historii. Ominąłem już bramkarza i uderzyłem na bramkę, ale w ostatniej chwili wybił ją Kałużyński czy Żemaitis. Potem, kiedy prowadziliśmy jedną bramką był rzut karny dla nas. Miałem podejść do piłki, ale trener Jastrzębowski nie ryzykował i wyznaczył Andrzeja Salacha. Ten jednak nie wykorzystał szansy – opowiada Grembocki.

Zagrali z Juventusem

W nagrodę Lechii przyszło zagrać w Pucharze Europy Zdobywców Pucharów, gdzie spotkali się z samym Juventusem Turyn, gdzie występowała wielka plejada ówczesnych znakomitości w światowym futbolu, jak mistrzowie świata Antonio Cabrini, Gaetano Scirea czy król strzelców mundialu w Hiszpanii z 1982 roku Paolo Rossi. Do tego był Michel Platini czy Zbigniew Boniek. I choć pierwszy mecz gdańszczanie, walczący wtedy z powodzeniem o powrót do ekstraklasy, wysoko przegrali 0:7, to w rewanżu walczyli jak równy z równym. Prowadzili nawet w drugiej połowie 2:1, po trafieniu z karnego Jerzego Kruszczyńskiego, żeby ostatecznie, po golu Bońka w końcówce przegrać 2:3.

Szanse pół na pół

Jak będzie w tegorocznym finale? – Te ostatnie finały rządzą się przypadkami, spójrzmy na triumf Arki. Tutaj zdecyduje podejście do meczu, forma fizyczna, dyspozycja dnia i regeneracja po ostatnim ligowym meczu. Ściskam oczywiście kciuki za Lechię, ale szanse oceniam 50 na 50 – mówi przed czwartkowym meczem Grembocki.

 

Finał Pucharu Polski, 22 czerwca 1983 r., Piotrków Trybunalski

Lechia Gdańsk – Piast Gliwice 2:1 (2:1)

1:0 – Górski, 9 min, 2:0 – Kowalczyk, 40 min, 2:1 – Kałużyński, 43 min (z karnego)

LECHIA: Fajfer – Marchel, Kulwicki, Salach, Raczyński – Kowalski (40. Józefowicz), Kowalczyk, Grembocki, Wójtowicz – Górski, Polak (65. Klinger). Trener Jerzy Jastrzęmbowski.

PIAST: Szczech – Pałka, Kałużyński, Wilczek, Mirka – Majka, Śliz, Żemaitis, Żurek – Czernohorski, Brzezoń (60. Tkocz). Trener Teodor WIECZOREK.

 

Na zdjęciu: Finałowe spotkanie Pucharu Polski pomiędzy Lechią, a Piastem w 1983 roku zakończyło się zwycięstwem trzecioligowca.

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

 

Komentarze