Zwarycz: Limit pecha wyczerpałem

Jest czego gratulować, bo na pomoście w Ciechanowie obronił pan tytuł mistrzowski i to chyba z niezłym wynikiem…
Krzysztof ZWARYCZ: – Zgadza się. Musiałem się trochę pomęczyć ze zbijaniem wagi, ale zmieściłem się w limicie i wystartowałem na miarę swoich obecnych możliwości. Zaliczyłem 6 podejść, w dwuboju uzyskałem 338 kg i uważam, że to dobry prognostyk przed mistrzostwami świata, które w drugiej połowie września odbędą się w Tajlandii.

Zapomniał już pan o kwietniowych mistrzostwach Europy, które w pańskim wykonaniu nie były najlepsze?
Krzysztof ZWARYCZ: – Start w Batumi kompletnie mi nie wyszedł, ale tam borykałem się kontuzją kręgosłupa. Polegała ona na tym, że jedna strona ciała pracowała, a druga nie. To, że w Gruzji zaliczyłem dwubój uważam za sukces.

Jaki był pański plan na mistrzostwa Polski?
Krzysztof ZWARYCZ: – Chciałem wystartować na luzie, ale i dobrze się pokazać, zaliczając komplet podjeść, co – jak wspomniałem – mi się udało. 338 kg przed właściwymi przygotowaniami do mistrzostw świata – bo obozy zaczynamy dopiero na początku przyszłego tygodnia – traktuję jako dobry rezultat wyjściowy.

Czyli jest pan w stanie do tego sporo dołożyć…
Krzysztof ZWARYCZ: – Oby nie było kontuzji, oby kręgosłup pracował tak jak ma pracować, a wynik będzie solidy. Na ostatnich mistrzostwach świata mnie troszeczkę pokarali sędziowie, na mistrzostwach Europy odnowiła mi się kontuzja, więc myślę, że limit pecha już wyczerpałem i liczę, że do przyszłorocznych igrzysk olimpijskich wszystko już będzie w porządku.

Już pan myśli o igrzyskach w Tokio?
Krzysztof ZWARYCZ: – Oczywiście, ale dopiero w kwietniu, kiedy zakończą się kwalifikacje, okaże się, czy będzie mi dane na nich wystąpić. Jeśli się uda, to dołożę wszelkich starań, żeby powalczyć o jak najwyższą lokatę. Wiem jedno – trudniej mi się będzie załapać się na najważniejsze zawody czterolecia niż dobrze na nich wystartować.

Pamięta pan, kiedy ostatnio zaliczył 6 podejść?
Krzysztof ZWARYCZ: – Cztery tygodnie temu na zawodach ligowych i uzyskałem raptem 3 kg mniej. Jest więc pewnego rodzaju stabilizacja i maleńki progres wynikowy po – jak już powiedziałem – męczącym zbijaniu wagi. Dzień przed startem okazało się, że mam kilogram nadwagi. Nie dość, że temperatura powietrza była bardzo wysoka, to jeszcze – by zmieścić się w limicie 81 kg – musiałem wejść do… sauny i spędzić w niej trochę czasu.

Złoty medal okrasił pan rekordem Polski w podrzucie, który od soboty wynosi 188 kg. Analizował pan to podejście?
Krzysztof ZWARYCZ: – Tak. Sporo pracuję nad stabilnością stawów łokciowych, bo sędziowie dopatrywali się docisków i nie zaliczali moich prób. Od jakiegoś czasu moje podejścia są jednak pewne i zaliczane bezapelacyjnie i trzeba iść tą drogą. Przy próbie na rekord docisku nie dostrzegłem, ale – w momencie amortyzowania sztangi – minimalny ruch w łokciach był.

Jeden z sędziów uznał, że to podejście nie było prawidłowe…
Krzysztof ZWARYCZ: – Poważnie? Nawet o tym nie wiedziałem. To musiał być jakiś wyjątkowo złośliwy arbiter (śmiech).

Kiedy i gdzie zaczyna pan zgrupowanie?
Krzysztof ZWARYCZ: – 2 lipca w Zakopanem. Może nie wszyscy to wiedzą, ale w ciężarach również pracuje się nad wydolnością. Ośrodek COS-u jest położony dość wysoko, chyba 900 metrów nad poziomem morza, więc niejeden organizm przeżywa szok. Śmiejemy się z chłopakami, że któregoś z kolei dnia obozu ta wysokość nam doskwiera.

Od którego roku jest pan niepokonany?
Krzysztof ZWARYCZ: – To mój czwarty z rzędu złoty medal okraszony spontanicznie ustanowionym rekordem Polski.

Dlaczego spontanicznie?
Krzysztof ZWARYCZ: – Bo go nie planowałem. Miałem zakończyć na 185 kg, ale dość dobrze się czułem i postanowiłem powalczyć o wpisanie swojego nazwiska do tabeli rekordów. To się udało.

Według współczynnik Sinclaira uzyskał pan 410,8 punktów, przegrywając tylko z Arkadiuszem Michalskim…
Krzysztof ZWARYCZ: – Ale walka była zażarta (śmiech). Przed zawodami konsultowaliśmy się telefonicznie, pytając o dyspozycję, ale żaden z nas nie chciał odkrywać kart. Arek miał łatwiej, bo wszystko miał w swoich rękach. Startował dzień po mnie i mógł sobie dokładnie wyliczyć, jaki wynik musi osiągnąć, by mnie wyprzedzić. Ostatecznie uzyskał 416,4 punktów i wygrał klasyfikację open. Czaił się też na mnie Paweł Kulik, ale spalił ostatnie podejście, zostając na 403 punktach.

Do niedawna był pan aktywny w mediach społecznościowych, ale od jakiegoś czasu pana nie widać…
Krzysztof ZWARYCZ: – To moja świadoma decyzja. Wrzucanie do sieci zdjęć czy filmów z treningów zajmuje sporo czasu i mocno zaprząta głowę. Ja wolę mieć ją spokojną, a ten czas poświęcić na odpoczynek i regenerację sił.

 

Na zdjęciu: 188 kilogramów w podrzucie Krzysztof Zwarycz traktuje jako dobry prognostyk na drugą połowę roku.

Murapol, najlepsze miejsca na świecie I Kampania z Ambasadorem Andrzejem Bargielem

 

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

Komentarze