Zobacz
Do góry

Kaliszewski: Wiemy, jak się robi złoto

Kiedy Anita odda pierwszy oficjalny rzut w tym roku?

Krzysztof KALISZEWSKI: – 21 maja w Nankinie, gdzie będzie challenge IAAF-u.

Czy rekordzistkę świata będzie stać w tym sezonie na to, by poprawić swój najlepszy wynik, który od 2016 roku wynosi 82,98 m?

Krzysztof KALISZEWSKI: – Całkiem niewykluczone, ale trzeba do tego dojść etapami. Natomiast poważni sportowcy nie będą wywalać ciężkich armat już na początku sezonu. Licząc od maja, mamy przecież aż pięć miesięcy do mistrzostw świata i nie ma takich cudotwórców, którzy by przez cały ten czas trzymali najwyższą formę.

Czy operacja prawej stopy, którą Anita przebyła jesienią sprawiła, że mistrzyni ma duże zaległości w treningu?

Krzysztof KALISZEWSKI: – Jesteśmy opóźnieni o jakieś sześć tygodni w porównaniu z normalnym sezonem. Ale nie ma powodu do niepokoju, bo mistrzostwa świata są też sześć tygodni później niż zwykle, start młota jest pod koniec września. I my najwyższą formę szykujemy na wtedy, a nie na połowę sierpnia. Amerykanka Gwen Berry w czerwcu rzuciła na Kusocińskim w Chorzowie 77,78 i pokonała Anitę, a w sierpniu na tym samym stadionie w Memoriale Skolimowskiej nie przerzuciła 70 metrów. To daje pogląd, o czym mówimy.

Jak doszło do kontuzji?

Krzysztof KALISZEWSKI: – To stało się w wolnym czasie, w trakcie normalnego chodzenia Anita potknęła się, podkręciła nogę i poszły dwa więzadła. Na upartego można było tego nie ruszać, ale w perspektywie igrzysk w Tokio należało naprawić to od razu, nie ryzykować. Zresztą mieliśmy dobre doświadczenie z lewą nogą, którą Anita kontuzjowała podczas słynnej radości w 2009 roku w Berlinie. Wtedy po operacji staw pracował dużo lepiej i mamy nadzieję, że podobnie będzie teraz.

Nie ma więc powodów do obaw o zdrowie i formę?

Krzysztof KALISZEWSKI: – Anita jest szczęśliwa, bo nic jej nie dolega. Był czas na rehabilitację, był czas na spokojne wejście w trening. Wykonała bardzo dobrą pracę w marcu w USA, na żadnym innym zgrupowaniu nie oddała tylu rzutów. Wyniki były zadowalające, ale najbardziej mnie cieszy, że technika była bardzo dobra. Wróciliśmy na swoje tory i lokomotywa się rozpędza.

Rywalki chyba też nie próżnują. Będąc w USA podglądaliście, jak pracują Amerykanki? Berry i DeAnna Price w zeszłym sezonie rzucały po 77-78 metrów…

Krzysztof KALISZEWSKI: – Nie było ich wtedy w Chula Vista. Zresztą nie interesuje nas to, my mamy swoje rzeczy do zrobienia, monitorowania, poprawiania. Nie boję się innych, to nie jest istotne, ile kto rzuci w maju czerwcu czy lipcu. Chcę przygotować Anitę, żeby była w optymalnej formie na mistrzostwa świata. Wtedy wszystko będzie dobrze. Żeby wygrać mistrzostwa świata i igrzyska olimpijskie trzeba mieć duży bagaż doświadczeń. Raz można mieć szczęście, ale nie tyle razy, co Anita. A my wiemy, jak to się robi.

Anita Włodarczyk będzie promowała Stadion Śląski i zmienia barwy klubowe

Czy ktoś jeszcze może jednak postraszyć Anitę?

Krzysztof KALISZEWSKI: – Każda impreza rządzi się swoimi prawami, może wyskoczy jakiś czarny koń… Chinki mogą być groźne, zresztą i Polska ma jeszcze Malwinę Kopron, brązową medalistkę MŚ z Londynu, jest też Joanna Fiodorow. Wszystko zależy od tego, jaką kto dowiezie formę do września.

Po raz kolejny – w kwietniu – trenowaliście w Katarze, gdzie jesienią odbędzie się czempionat globu. Ta znajomość tamtejszej specyfiki może być handicapem Anity w rywalizacji o tytuł?

Krzysztof KALISZEWSKI: – Mam nadzieję. Ktoś, kto pojedzie tam pierwszy raz dopiero na mistrzostwa, może przeżyć szok – termiczny, związany z panującym tam upałem, ale też kulturowy, przestrzenny, bo tam raczej są tylko beton i pustynia. My będziemy oswojeni, bo byliśmy w Dausze cztery razy. Dwa lata temu PZLA zabronił nam jechać do Kataru, ale mimo wszystko postawiliśmy na swoim i dobrze zrobiliśmy. Wiemy, czego potrzebujemy. Anita wystartowała wtedy w zawodach, w maju, przy trzydziestu paru stopniach. Nie trzeba się nawet dogrzewać. Gorzej jak we wrześniu będzie stopni 42, tak jak było w ubiegłym roku, wtedy można być przegrzanym już przed startem.

Czyli mniej więcej jak na igrzyskach w Rio…

Krzysztof KALISZEWSKI: – No nie, w Rio na stadionie było „tylko” 38. A w Dausze jest na dodatek większa wilgotność, pojawia się taka mgiełka, nie jest to więc sprzyjający klimat, zwłaszcza dla konkurencji wytrzymałościowych. Z drugiej strony stadion ma być klimatyzowany, organizatorzy zapowiadają w środku 21 stopni, więc przy tak gwałtownej różnicy temperatur łatwo będzie o przeziębienie. To wszystko może mieć wpływ na wyniki.

Anita dobrze znosi takie różnice?

Krzysztof KALISZEWSKI: – Tak, jest bardzo dobrze zahartowana, rzuca w krótkim rękawie jak jest zimno.

Czy tak jak było z Katarem, planujecie też rekonesans w Tokio?

Krzysztof KALISZEWSKI: – Proszę pana, jesteśmy profesjonalistami, już był, w październiku ubiegłego roku, jeszcze przed operacją Anity. Nie można tego zostawiać na ostatni moment. Co prawda rekonesans trwał tylko cztery dni, ale zobaczyliśmy naszą bazę treningową, inną od tej PZLA – będziemy w Takasaki, 50 minut jazdy szybkim pociągiem Shinkansen od Tokio. Japończycy zapewniają nam tam wszystko, czego potrzebujemy. Do ekipy w wiosce olimpijskiej dołączymy dopiero tuż przed startem, mogąc wcześniej trenować w spokoju.

Dlaczego mieszkanie poza wioską jest takie ważne?

Krzysztof KALISZEWSKI: – Bo wszystko to, co zostało wytrenowane przez lata, można zgubić w kilka dni w wiosce. To jest duże niebezpieczeństwo, bo w wiosce może się dużo złych rzeczy zdarzyć – począwszy od zatrucia na stołówce po inne nieprzewidziane rzeczy…

Nazwijmy je towarzyskie…?

Krzysztof KALISZEWSKI: – Być może tak, być może nie… Taki jest mój punkt widzenia, może inni mają odmienny. Igrzyska w Tokio są dla nas bardzo dużym wyzwaniem, bo nie jest łatwo zdobywać medale na takiej imprezie. Na pewno tanio skóry nie sprzedamy i nastawiamy się na sukcesy najwyższej rangi. W Katarze oczywiście Anita będzie walczyć o obronę tytułu zdobytego dwa lata temu w Londynie, ale to jest cel pośredni, a istotne są igrzyska i trzecie olimpijskie złoto.

Anita jest czempionem wielkiej klasy sportowej, ale nie ma pan wrażenia, że – skłócona z wieloma koleżankami i kolegami – stała się w tym towarzystwie outsiderem?

Krzysztof KALISZEWSKI: – Tak jest faktycznie. Ale Anita nie pokazuje tego publicznie, nie obnosi się z tym na zewnątrz. To tylko sport, a Anita ma już swoje lata…

16 czerwca wystartuje w Memoriale Kusocińskiego. Czy fakt, że jesteście zobligowani do promocji Stadionu Śląskiego, nie jest krokiem ku temu, by wróciła na memoriał Kamili Skolimowskiej?

Krzysztof KALISZEWSKI: – Ja popieram Anitę w stu procentach w bojkocie tego mityngu. Na pewno to nie jest jej kaprys – to nieprawda, co się pisze i mówi. To jej wybór i trzeba to uszanować. A są pewne okoliczności, które ją do tego skłoniły. Myślę, że kiedyś dojrzeje, żeby o nich opowiedzieć szczerze, ale nie wiem, czy warto rozmawiać o tym akurat teraz. W każdym razie cieszymy się, że na Śląskim znalazł swoje miejsce także memoriał Kamili. Trzeba pamiętać, że to Anita wypromowała go przez lata i w dużym procencie, o ile nie największym, dzięki niej ma się on tak świetnie.

Anita zmieniła barwy klubowe, została zawodniczką AZS AWF Katowice i na mocy umowy z samorządem wojewódzkim będzie promowała Stadion Śląski. Jak często będziecie na Śląsku?

Krzysztof KALISZEWSKI: – Jak najczęściej, jak tylko czas nam pozwoli. Będąc w Skrze Anita co prawda rzadko trenowała w Warszawie, ale zależy nam, żeby pokazać wszystkim, czym jest lekkoatletyka. Tym bardziej, że na horyzoncie są mistrzostwa Europy w 2024, które – gorąco w to wierzę – odbędą się na Śląskim. A to w perspektywie pozwoli myśleć nawet o mistrzostwach świata. To piękny stadion, śmiało można nazwać go narodowym, a to miejsce jest stolicą królowej sportu w Polsce. Obiekt spełnia wszystkie kryteria, więc miejsca jest dużo, a przede wszystkim są tu przychylna atmosfera i dobry klimat dla lekkiej atletyki w tym miejscu.

Anita i pan myślicie już o tak odległej perspektywie jak 2024?

Krzysztof KALISZEWSKI: – Na pewno igrzyska w Tokio będą Anity ostatnimi. Natomiast mistrzostwa Europy są przed Paryżem, a nie po. To życie zostawi furtkę, ale nie chcę gdybać, bo albo zdrowie nie pozwoli albo pojawią się inne okoliczności. Anita nie musi już niczego udowadniać.

Na zdjęciu: Anita Włodarczyk to obecnie największa polska gwiazda stadionów lekkoatletycznych.

 

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

Komentarze

Więcej w lekkoatletyka