Łukasz Rutkowski: 1100 kalorii i zrujnowana psychika

Zacząłeś skakać w 1995 roku, długo przed erą Małysza. Jakbyś porównał warunki do trenowania wtedy i dzisiaj?

Łukasz RUTKOWSKI: – Nie ma czego porównywać. Przed wybuchem małyszomanii zainteresowanie skokami było zdecydowanie mniejsze, co automatycznie przekładało się na pieniądze i inwestycje w sprzęt. Zdarzały się treningi, kiedy przychodziło więcej zawodników niż było nart i butów do skakania. Musieliśmy odstać swoje i czekać, aż koledzy skończą i dadzą nam sprzęt. Pamiętam jeszcze kaski w kształcie sześcianu, które z aerodynamiką nie miały wiele wspólnego. Trenowało się w szmacianych kombinezonach, które w ogóle „nie trzymały”, a bywało i tak, że skakało się w normalnych ubraniach. Takie warunki miały jednak swoje plusy. Szybko dochodziło do weryfikacji charakterów zawodników. Jeżeli ktoś nie miał pasji do skakania, to szybko odpadał.

Stosunkowo wcześnie zacząłeś odnosić sukcesy. Dwa razy zająłeś 4. miejsce na mistrzostwach świata juniorów. Czułeś wtedy, że możesz osiągnąć coś większego w skokach?

Łukasz RUTKOWSKI: – Pomyślałem o tym na mistrzostwach świata w Kranju, gdzie rywalizowałem między innymi z Gregorem Schlierenzauerem. W pierwszej serii oddałem świetny skok, ale nie wylądowałem telemarkiem i tego zabrakło do medalu. Lądowanie dwa razy zabrało mi podium. Wyciągnąłem jednak wnioski i w pracy trenerskiej kładę na to bardzo duży nacisk.

Byłeś utalentowany czy pracowity?

Łukasz RUTKOWSKI: – Myślę, że jedno i drugie. To oczywiście banał, ale sam talent bez pracy do niczego nie doprowadzi.

Chociaż odnosiłeś sukcesy w młodszych kategoriach wiekowych, to długo pozostawałeś w cieniu starszego o dwa lata brata, który zostając mistrzem świata juniorów pokonał samego Thomasa Morgensterna. Byłeś wtedy zazdrosny o szum, który zrobił się wokół Mateusza?

Łukasz RUTKOWSKI: – Sukces Mateusza był motywacją i mobilizacją do jeszcze cięższego treningu. Razem zaczynaliśmy przygodę ze skokami. Wiedziałem, że nie jestem od niego gorszy. Uznałem, że jeżeli jemu się udało, to dlaczego ja nie miałbym osiągnąć podobnych wyników.

Trafiłeś do kadry A, kiedy przejmował ją bardzo młody Łukasz Kruczek. Szybko pojawił się podział na „team Małysz” i „team reszta Polski”. Jak to wyglądało z twojej perspektywy?

Łukasz RUTKOWSKI: – Początkowo trenowaliśmy razem, ale po Turnieju Czterech Skoczni zaczęły się komplikacje. Adam zdecydował, że odchodzi od nas i będzie pracował z Hannu Lepistoe. Ta decyzja zasiała w grupie niepewność. Plan treningowy zaproponowany przez Łukasza wydawał się rozsądny, jednak za trenerem nie stały wtedy żadne sukcesy i brakowało mu doświadczenia. Chociaż zawsze profesjonalnie i z dużym zaangażowaniem podchodził do swojej pracy, to łatwiej o autorytet, kiedy ma się wypełnioną gablotę.

Co twoim zdaniem wtedy zawiodło?

Łukasz RUTKOWSKI: – Łukasz stanął przed olbrzymim wyzwaniem, któremu niewielu by sprostało. To tak, jakby z gimnazjum pójść prosto na Harvard. Myślę, że największym problemem był fakt, że do niedawna byli z Adamem kolegami z kadry. Nie można z dnia na dzień zamienić tego na relację trener-zawodnik. Pamiętajmy też, że Adam mógł być pod presją sponsora, który oczekiwał sukcesów. To również mogło mieć duży wpływ na jego decyzję.

Twój rozwój w gronie seniorów był wzorowy. Zająłeś trzecie miejsce w zawodach Letniej Grand Prix, szybko zdobyłeś punkty Pucharu Świata i stopniowo zajmowałeś coraz wyższe lokaty. W pewnym momencie wszystko się jednak zatrzymało. Dlaczego?

Łukasz RUTKOWSKI: – Zaczęło się przed igrzyskami w Vancouver. Do sezonu olimpijskiego wszystko przebiegało całkiem dobrze. Ważyłem wtedy 61,5 kg. Trener wymagał jednak jeszcze niższej masy ciała. Ogromnym wysiłkiem zszedłem do 58 kg, ale straciłem moc. Do Kanady pojechałem, ale byłem cieniem samego siebie. Czułem się sflaczały, bez dynamiki, bez werwy do życia. Dociągnąłem jeszcze do Planicy na przyzwoitym poziomie. Po sezonie organizm się jednak zbuntował i waga poszła w górę.

Próbowałeś wrócić do poprzedniej wagi?

Łukasz RUTKOWSKI: – Ważąc 58 kg miałem 3% tkanki tłuszczowej. Układ hormonalny zaczyna wtedy szwankować. Głowa i ciało odmawiały posłuszeństwa. Podejmowałem próby utrzymania tej wagi, ale w pewnym momencie stało się to niebezpieczne.

Czyli twój organizm powiedział w końcu stop?

Łukasz RUTKOWSKI: – Doszło to tego, że zacząłem spalać mięśnie, a nie tłuszcz. Wiem, że w skokach bez niskiej wagi nie będzie sukcesu, ale muszą być pewne granice. Trzeba bardziej słuchać zawodników, bo każdy organizm jest inny i parametry biologiczne nie mogą być jedyną wyrocznią przy ustalaniu wagi.

Problemy z wagą przekładały się na psychikę?

Łukasz RUTKOWSKI: – Jedno z drugim jest ściśle powiązane.

Pamiętasz swój przykładowy jadłospis z tamtego okresu?

Łukasz RUTKOWSKI: – Pamiętam. Było to między 1100 a 1200 kalorii. Mało węglowodanów, dużo białka i warzyw.

Jak się funkcjonuje na takiej diecie?

Łukasz RUTKOWSKI: – Fatalnie. Nie chcę nawet za bardzo wracać do tamtego czasu, bo są to bardzo nieprzyjemne wspomnienia. Mam wielki żal, że wszystko się tak potoczyło, bo wiem, że mogło być zupełnie inaczej.

W sytuacjach kryzysowych często pomaga praca z psychologiem. W sztabie był wtedy Kamil Wódka.

Łukasz RUTKOWSKI: – Trener od początku informował nas, że współpraca z psychologiem jest dobrowolna. Jednak kiedy w trakcie mistrzostw świata w Libercu powiedziałem, że chcę ją zakończyć, to Łukasz wyraźnie sugerował, żebym ją kontynuował. Trener całkowicie ufał psychologowi kadry, a mój opór i niechęć do współpracy z psychologiem oraz moje niezbyt dobre wyniki potęgowały impas.

Nie mogłeś dla „świętego spokoju” pozorować pracy z psychologiem?

Łukasz RUTKOWSKI: – Uważam, że współpraca z psychologiem przypomina trochę relację z dziewczyną: albo „zakliknie”, albo nie. Kiedy nie ma pełnego zaufania, to nie ma co liczyć na dobre rezultaty. Pomagał mi później psycholog Joachim Brzozowski, który znalazł „drogę do mnie”. W szybkim czasie przekonałem się, ile potrafi dać praca z psychologiem, który traktuje mnie w sposób ściśle indywidualny.

W 2011 roku zawiesiłeś karierę. Co było przyczyną?

Łukasz RUTKOWSKI: – Po igrzyskach moja waga poszła w górę i nie potrafiłem wrócić do limitu wymaganego przez trenera. Wprowadzono mi wtedy ostry trening kataboliczny. Trener za wszelką cenę chciał się dowiedzieć, co się ze mną dzieje i znaleźć przyczynę „zbędnych kilogramów”. Wysłał mnie do kliniki w Krakowie, gdzie specjaliści mieli sprawdzić, w czym tkwi problem. Lekarze wystawili diagnozę, która sprowadzała się do stwierdzenia, że mam zrujnowaną psychikę. Zadali mi pytanie: „Pan wybiera karierę czy swoje zdrowie? Proszę to sobie dobrze przemyśleć”.

Co było później?

Łukasz RUTKOWSKI: – Wróciłem na zgrupowanie do Szczyrku i porozmawiałem szczerze z trenerem. Zdecydowałem się zawiesić karierę na pół roku. Po tym okresie zacząłem ponownie skakać, jednak było mi bardzo ciężko wrócić do wcześniejszej dyspozycji. Później nałożyła się na to śmierć mamy. Dramat rodzinny i totalny dół psychiczny spowodował, że kiedy ustalano kadry na nowy sezon, to nie było już w nich dla mnie miejsca. Nikt się ze mną nie spotkał, nie zadzwonił. O wszystkim dowiedziałem się z internetu. Wtedy de facto skończyła się moja przygoda ze skokami.

Po takich doświadczeniach nie miałeś ochoty odciąć się od tego środowiska?

Łukasz RUTKOWSKI: – Był moment żalu i niechęci do skoków. Jednak coś cały czas ciągnęło mnie tego sportu. To on mnie ukształtował i pozwolił przeżyć wiele wspaniałych chwil. Już jako czynny zawodnik usłyszałem od Grażyny i Marka Rybińskich – założycieli wyższej uczelni sportowej w Warszawie – że mam zadatki na dobrego trenera. Zacząłem robić uprawnienia i edukować się w tym kierunku. Ukończyłem studia licencjackie, zdobyłem dyplom trenera II klasy w skokach narciarskich i dyplom menedżera sportu, a niedawno ukończyłem studia II stopnia i uzyskałem dyplom magistra. Wiedza teoretyczna, duży bagaż przeżyć i doświadczeń są mieszanką, która pomaga w prowadzeniu swoich podopiecznych.

Przypuszczam, że założenie klubu od zera i jego prowadzenie nie należą do najłatwiejszych zadań.

Łukasz RUTKOWSKI: – W klubie pełnię rolę trenera, prezesa, kierowcy, psychologa itd. Trzeba pukać do tysiąca drzwi, żeby jedne zostały otwarte. Na szczęście trafiłem na kilka firm i instytucji samorządowych, które mocno mi pomagają. Co ciekawe, jedyna firma, która sama się zgłosiła to przedsiębiorstwo ze Słowenii. Obserwowali fanpage mojego klubu na facebooku i spodobało im się to, co robimy. Mam też rodzinę oraz grupę przyjaciół, którzy wspierają mnie w tej inicjatywie. Motywacją są dla mnie zawodnicy, którzy robią postępy, a przede wszystkim z uśmiechem przychodzą na treningi.

Łukasz Szymura

Na zdjęciu: Łukasz Rutkowski świetnie się czuje w roli trenera i wychowawcy młodych skoczków.

Komentarze