Szlifierz diamentów

JKH GKS Jastrzębie od wielu lat słynie z doskonałej pracy z młodymi adeptami hokeja na lodzie. Najbardziej utalentowani wychowankowie trafiają potem do zespołu seniorów. Najznamienitszym „szlifierzem” hokejowych diamentów jest trener Jacek Dywan. To prawdziwa legenda klubu z Jastrzębia Zdroju, spod którego ręki wyszło wielu znakomitych zawodników w tej dyscyplinie sportu.

Bez cienia przesady można powiedzieć, że trener Dywan jest żywą legendą jastrzębskiego hokeja. Mimo, że w tym roku skończy 73 lata, imponuje sylwetką i kondycją. Drogę z domu na lodowisko zawsze pokonuje piechotą, chociaż to kilka kilometrów. Jak sam przyznaje, kilka razy w tygodniu biega 45 minut na bieżni przy Zespole Szkół nr 2 przy ulicy Poznańskiej. W okresie letnim na rowerze dziennie przemierza dystans 50 kilometrów. A zimą? – Mam w domu rower stacjonarny, więc się nie zaniedbuję – mówi śmiejąc się szeroko.

Trener z „przypadku”

Wszyscy szkoleniowcy, niezależnie od dyscypliny sportu, wiedzą doskonale, że praca z młodzieżą nie przynosi takiego splendoru, jak z seniorami. Jacek Dywan zapewnia solennie, że nigdy nie żałował swojego wyboru? – To był mój świadomy wybór – mówi znakomity szkoleniowiec. – Trenerem zostałem bardzo szybko, gdy skończyłem 30 lat. Było w tym trochę przypadku, bo akurat złamałem nadgarstek i gra była wykluczona. Miałem dużo wolnego czasu, więc zająłem się młodzieżą. W międzyczasie na AWF-ie Katowice skończyłem kurs hokejowy i rozpocząłem pracę z dziećmi. Na zajęciach miałem 70 chłopaków, z różnych roczników, nie przyjmowałem do swojej grupy tylko licealistów.

Mogę tylko żałować, że w tamtym okresie w Jastrzębiu nie było krytego lodowiska. W przeciwnym wypadku byłby tutaj silny ośrodek hokejowy, na miarę Podhala Nowy Targ, które wtedy rządziło w polskim hokeju. Trenowaliśmy na otwartym lodowisku, nawet kiedy temperatura spadała do minus 20 stopni. Rodzice wtedy niechętnie puszczali dzieci na zajęcia. Ale właśnie w takich warunkach hartowali się przyszli mistrzowie kija i krążka. Sprzętu było tyle, co na lekarstwo – stare ochraniacze, stary kask, połamany kij sklejony prowizorycznie. Teraz dziecko przychodzi na trening, to ma wszystko podłożone pod nos. W Jastrzębiu nadal jest dużo młodzieży zainteresowanej grą w hokeja, w którą można i powinno się inwestować.

Trener Dywan na swój prywatny użytek dzieli pan trenerów na szkoleniowców i monterów. Siebie zalicza do tej pierwszej grupy. – Nigdy mnie nie kusiło, by być tym drugim i zdobywać tytuły, medale w świetle reflektorów. Szkoleniowiec wychowuje zawodników, natomiast monter układa kadrę z gotowych hokeistów. Zapewniam, nigdy nie miałem aspiracji, by pracować z drużyną seniorów. Po prostu wychodzę z założenia, że co nie moje, to nie ruszam. Gdybym wychował tylu chłopaków, którzy mogliby stworzyć drużynę, to wtedy podjąłbym się takiego zadania. Gdy jednak moich wychowanków jest dwóch-trzech, a reszta zawodników jest kupionych, to mnie taka praca nie interesuje. Wolę zajmować się młodzieżą.

Powód do dumy

W ostatnim finale Pucharu Polski, w zespole JKH GKS Jastrzębie, który zdobył to trofeum, grało aż dziesięciu wychowanków klubu, którzy przeszli również przez ręce trenera Dywana… – Po takim sukcesie każdego trenera rozpierałaby duma – mówi Jacek Dywan. – Po to pracuje się z dziećmi, żeby w perspektywie kilku, czy kilkunastu lat, zasilali pierwszą drużynę. Kryte lodowisko w Jastrzębiu powstało w 2005 roku, w ciągu tych 13 lat mnóstwo wychowanków przewinęło się przez pierwszy zespół JKH. Wielu gra w innych zespołach, ale mnóstwo zakończyło przygodę z hokejem. Z różnych powodów, o których teraz nie czas i miejsce mówić.

Trener Dywan zachowuje się jak wytrawny dyplomata, ale postanowiliśmy „pociągnąć go za język”. – Nie chcę wypowiadać się na temat pierwszej drużyny, bo to nie moja sprawa – zarzeka się. – Nie potrafię jednak oprzeć się wrażeniu, że wielu młodym chłopakom nie daje się szansy występów w pierwszym zespole. Nie będę wymieniał nazwisk, ale chłopcy mają warunki, niby są brani pod uwagę, lecz na treningach nie poświęca się im zbyt wiele uwagi. Rok i… nie będzie ich w klubie. Żebyśmy się za jakiś czas nie obudzili z ręką w nocniku. Będziemy ściągać emerytów, a nasza młodzież zostanie odstawiona na bok. Niestety, to problem nie tylko naszego klubu, w innych jest znacznie gorzej. Nigdy nie owijałem w bawełnę. Proszę zauważyć – Cracovia bez wychowanków, GKS Katowice – to samo, chociaż kiedyś ten klub był wylęgarnią talentów. GKS Tychy ma jednego, no może dwóch wychowanków. Czy to nie jest powód do niepokoju?

Pozorny paradoks

Jacek Dywan wychował wielu znakomitych hokeistów, z wielokrotnymi mistrzami Polski na czele. Czy kariera któregoś z nich była dla niego zaskoczeniem? – Patrząc z perspektywy czasu, zawsze miałem rację, oceniając możliwości młodego chłopaka. To byli ludzie do czarnej roboty. Trening nie trwał godziny, czy 45 minut. Owszem, nie było wtedy komputerów, internetu, telefonów komórkowych z grami itp. Trenowaliśmy minimum półtorej godziny, przez cały tydzień, od poniedziałku do niedzieli. Na prawie każdych zajęciach frekwencja wynosiła 90 procent. Podam przykład Sławka Wielocha. On trzymał się bandy, o czym powiedział mi ojciec, bo ja na takich chłopców, którzy nie potrafią jeździć na łyżwach, w ogóle nie zwracałem uwagi. Ojciec był konsekwentny, przyprowadzał Sławka na treningi, aż ten w końcu puścił się bandy, zaczął jeździć na łyżwach i dołączył do grupy. A potem wyrósł na znakomitego hokeistę.

Jako zawodnik Jacek Dywan był obrońcą, tymczasem większość jego znanych wychowanków to napastnicy. Paradoks? – Napastnika jest znacznie łatwiej wyszkolić niż obrońcę – nie pozostawia złudzeń doświadczony szkoleniowiec. – Defensor to po bramkarzu najważniejszy punkt drużyny. Obrońca jak zrobi błąd, zespół bardzo często traci bramkę. W Polsce jest niewielu dobrych obrońców, musimy sięgać po obcokrajowców, ale wśród nich też niewielu jest wysokiej klasy zawodników. Ośmielę się powiedzieć, że w polskiej lidze gra 3-4 gatunek cudzoziemców. W moim pierwszym zespole miałem dużo bardzo dobrych obrońców, tacy jak Jurek Lada, Szymanek, Paweł Biela, Andrzej Pokorny – wszyscy byli reprezentantami Polski, natomiast Grzegorz Szadkowski i Robert Szałapski ocierali się o kadrę. W późniejszym okresie najlepszy był Tomek Ossak.

Doczekał się olimpijczyka

Jaki był największy talent, który przeszedł przez ręce trenera Dywana? – Trudno mi powiedzieć – waha się szkoleniowiec. – Inna była grupa, w której grał Sławek Wieloch, inna, w której brylował Leszek Laszkiewicz. Ale oni osiągnęli spośród wszystkich moich zawodników najwięcej. Leszek był ostatnim graczem w reprezentacji Polski, reszta to są zawodnicy. Miał w sobie ten dryg, ambicję, cechy wolicjonalne. Muszę dodać, że w Jastrzębiu była bardzo utalentowana dziewczyna, która miała smykałkę do hokeja. Chodzi mi o Magdalenę Szynal, która trenując z chłopakami, była najlepsza. Grała zresztą potem w reprezentacji Polski kobiet.

Trener Dywan wychował jednego olimpijczyka. Sławomir Wieloch w 1992 roku zagrał na igrzyskach olimpijskich w Albertville. To dużo, czy mało? – Drugim olimpijczykiem, który wyszedłby spod mojej ręki byłby Andrzej Pokorny – mówi Jacek Dywan. – Gdyby nie zmiana trenera w reprezentacji Niemiec tuż przed turniejem, on również zagrałby w igrzyskach olimpijskich. Trenerem został wtedy Czech, który odsunął mojego wychowanka od drużyny narodowej. Sławek Wieloch doszedł tam gdzie doszedł, bo miał charakter i był bardzo ambitny.

Podam przykład. Kiedyś chorował, miał wysoką gorączkę. Szykujemy się do meczu, patrzę, a w szatni przebiera się Wieloch. Jego ojciec był na trybunach i prosił mnie, bym Sławka „wygonił” do domu. Podszedłem do niego i mówię mu, że jest niepoważny, a on na to „Zagram tylko mecz i wracam do łóżka”. Żałuję tylko, że rozpadł się atak Tomasz Leksander – Grzegorz Jurzec – Sławek Wieloch. Grali w reprezentacji Polski w różnych kategoriach wiekowych, ale gdyby wszyscy dotrwali razem do drużyny seniorów, zrobiliby furorę. Oni grali ze sobą na pamięć, bo tworzyli atak od trzeciej klasy szkoły podstawowej.

Niecodzienne zetknięcie z „Laszką”

Niecodzienne był moje pierwsze spotkanie z Leszkiem Laszkiewiczem – wspomina trener Dywan. –

Latem 1987 roku byłem w Niemczech na zaproszenie Andrzeja Pokornego. Grupą naborową opiekował się w Jastrzębiu ówczesny kierownik hali, Sławek Szyszko. Przejąłem ją od niego. To był koniec sierpnia, albo początek września, zajęcia mieliśmy na hali. Grupa trenowała, a na trybunach siedział chłopak. To był Leszek. Początkowo nie zwracałem na niego uwagi, ale ponieważ przychodził na każdy trening, chłopcy do niego często machali rękami, pewnego dnia zapytałem, czy to ich kolega. Potwierdzili, że chodzą do jednej klasy. Zapytałem: – Nie chce z wami trenować? Zaskoczyła mnie ich odpowiedź: – To my nie chcemy. Po prostu był znacznie lepszy od nich i bardzo ambitny, więc go nie lubili. Porozmawiałem z nim i dołączył do grupy. Reszta chłopaków nie miała nic do gadania.

Najbardziej zapomnianym wychowankiem Jacka Dywana był Andrzej Pokorny, który „uciekł” do Niemiec i grał w reprezentacji tego kraju. – W reprezentacji Niemiec grał w trzech turniejach finałowych o mistrzostwo świata – przypomina szkoleniowiec. – Ciekawostką jest to, że na turnieju w Moskwie grał przeciwko Sławkowi Wielochowi, z którym w Jastrzębiu grał w jednym zespole. Andrzej trzy razy zdobył mistrzostwo Niemiec z zespołem Koelner Haie, potem został trenerem.

Wdzięczni wychowankowie

Słów podziwu względem szkoleniowca nie ukrywa jego najbardziej znany wychowanek, Leszek Laszkiewicz. – Trener Jacek Dywan jest kilkadziesiąt lat związany z klubem z Jastrzębia – zaznaczył obecny dyrektor sportowy JHK GKS Jastrzębie. – To spod jego ręki wyszli zawodnicy, którzy grali potem w reprezentacji Polski. On był i jest zwolennikiem katorżniczej wręcz pracy. Każdemu dawał w kość, serwowane przez niego biegi w terenie były mordercze, ale to jemu zawdzięczam żelazną kondycję. Owoce pracy wykonywanej w młodzieńczych latach zbierałem później w karierze seniorskiej, bo trenerzy stawiali na mnie, gdy graliśmy w osłabieniu albo w przewadze. Miałem po prostu znacznie więcej sił niż koledzy.

Atak z Jastrzębia Zdroju, który mógł być atakiem śmierci nie tylko w drużynie klubowej. Od lewej Sławomir Wieloch, Grzegorz Jurzec i Tomasz Leksander.
Fot. archiwum Jacka Dywana

Inny wychowanek klubu z Jastrzębia Zdroju, Sławomir Wieloch, również bardzo wiele zawdzięcza Jackowi Dywanowi. – Po raz pierwszy przyszedłem na lodowisko, gdy miałem 6 lat – wspomina. – Nie miałem jeszcze łyżew, ale miałem zapał i chęci do gry w hokeja. Dopiero tata kupił mi łyżwy, tzw. kielichy, gdy był na wycieczce w Leningradzie. Hokejówki podarował mi starszy o rok kolega, Paweł Biela, który mieszkał w tej samej klatce schodowej, co ja, wyrósł z nich i nie były mu już potrzebne. Mój pierwszy trener, którym był Jacek Dywan, był straszliwie wymagający, ale to dzięki niemu zostałem hokeistą. Potrafił dać pstryczka w nos, że aż krew się polała, krzyczał na nas, potrafił kijem uderzyć w tyłek.

Wzorował się na rosyjskim hokeju i dzięki temu zrobił ze swoich wychowanków twardzieli. Któregoś dnia tata, jak mnie zobaczył po treningu, załamał ręce. Następnego dnia poszedł do trenera Dywana i powiedział, że wypisuje mnie z sekcji hokeja. Wtedy trener powiedział ojcu: „Panie Wieloch, jak tak surowo traktuje syna, bo widzę w nim przyszłego reprezentanta Polski. Miałem wtedy chyba 10 lat, ale słowa trenera Dywana sprawdziły się. Jestem mu bardzo wdzięczny i dziękuję mu za to, że zaszczepił mi miłość do hokeja. Stawiam go jako wzór trenera młodych adeptów hokeja, jest twardy i wymagający, ale tylko przy takim podejściu można zostać hokeista z krwi i kości. Dla mięczaków, na których dmucha się, chucha i tylko głaszcze ich po głowie, nie ma miejsca. Po prostu nie przebiją się.

 

Na zdjęciu: Leszek Laszkiewicz (z lewej) wie doskonale, ile zawdzięcza trenerowi Jackowi Dywanowi.

 

Komentarze