Zobacz
Do góry

Z drugiej strony. Krach pewnej idei

Od kilku tygodni niemal każdy dzień – nie wyłączając Świąt Bożego Narodzenia oraz Nowego Roku – przynosi nowe wieści na temat „Białej gwiazdy”; kreuje nowych bohaterów i antybohaterów, stawia w świetle jupiterów i przed obiektywami kamer wszelakiej maści ekspertów, kreślących scenariusze rozwoju wydarzeń; słowem – cytując wieszcza – śmieszy, tumani, przestrasza…

Przestrasza głównie skalą wpływów środowisk przestępczych na zarządzanie klubem. Choć w sumie dziwić to nie powinno. Wszędzie tam, gdzie obraca się wielkimi pieniędzmi, pojawiać się będzie pokusa uszczknięcia ich części. Albo na bezczelnego: zgarnięcia całości – przez grupy niekoniecznie zajmujące się legalną działalnością. Bezosobowa formuła stowarzyszenia jako podmiotu będącego właścicielem 100 procent udziałów w piłkarskiej spółce idealnie sprzyja zaś tego rodzaju patologii, jaką ujawnia sprawa Wisły. Pełnych rozmiarów tejże patologii wciąż w pełni nie znamy. Słynny TVN-owski reportaż Szymona Jadczaka zapewne był tylko delikatnym zajrzeniem „pod kołderkę”. Być może wtorkowy „zajazd prokuratorski” na Reymonta odsłoni nieco więcej jej szczegółów.

Wątek kryminalny – a włączyć w niego trzeba także cały ów teatrzyk z kambodżańskim księciem i jego szwedzkim partnerem „biznesowym” – to wszakże tylko jeden z aspektów sprawy spektakularnej katastrofy. W żaden sposób nie można stracić z oczu wymiaru sportowego, bo on też jest przecież zwyczajnym oszustwem. Definiować je można tak, jak mecenas Jacek Masiota w rozmowie z Adamem Godlewskim na naszym kanale youtube’owym („Wynik sportowy okazał się istotniejszy od zwykłych zasad ekonomii”). Jednak też całkiem banalnym porzekadłem „mierz zamiary na siły, a nie odwrotnie”. „Biała gwiazda” – angażując piłkarzy za miliony, których nie miała i nigdy wypłacić im nie zamierzała – nie tylko oszukała samych zawodników, ale też całą ligową stawkę. A przynajmniej tę jej część, która – nie mając prywatnego właściciela, mogącego w dowolnym momencie pokryć kilkunasto- czy kilkudziesięciomilionową dziurę budżetową – starała się pilnować zasad zdrowej ekonomii.

Z drugiej strony. Kiedy nudzą się zabawki…

Najskuteczniejszą metodą w sytuacji, w której trzeba rygorystycznie przestrzegać limitu wydatków, jest zaś szkolenie i wprowadzanie do gry młodzieży. Na dodatek z wprowadzenia w dorosłą piłkę Szymona Żurkowskiego, Sebastiana Walukiewicza czy Mateusza Młyńskiego polska piłka – oby! – mieć będzie wymierny pożytek, niż z wydanych na zagraniczną legię zaciężną milionów. Trafiających w sporym przecież procencie do prywatnych kieszeni agentów i pośredników. Oczywiście szkolenie i stawianie na młodych to określone ryzyko – łącznie z niebezpieczeństwem sportowego upadku. Doświadczył tego Ruch, zmaga się z problemem Górnik. Tym bardziej więc nieuczciwe są więc teraz próby przeforsowania pomysłów, w których ci trochę w stawce ligowej od niej uczciwsi mieliby rzucać Wiśle koło ratunkowe. Ponadstuletnia tradycja? Może właśnie przez szacunek do niej – a na pewno przez wzgląd na interes całej rodzimej piłki – potrzebny jest spektakularny krach idei opartej na oszustwie.

Czy Wisła Kraków przetrwa?

 

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

Komentarze

Więcej w Ekstraklasa