Zobacz
Do góry

GKS Tychy. Więcej pewności siebie

Skrzydłowy GKS-u Tychy Łukasz Moneta pokazał, że stałe fragmenty gry to jego silna broń.

Choć do meczu z GKS-em 1962 Jastrzębie pozostały już tylko dwa dni, w tyskiej szatni ciągle słychać jeszcze echa remisu z Radomiakiem. Łukasz Moneta ma dodatkowy powód, żeby zatrzymać się na dłużej przy tym spotkaniu, bo był blisko miana „piłkarza meczu”, zdobywając gola i zaliczając asystę przy trafieniu Łukasza Sołowieja. Schodził z murawy, gdy zespół Ryszarda Tarasiewicza prowadził 2:1 i nie miał już wpływu na to, co wydarzyło się w ostatnich sekundach gry.

– Cieszy bramka i asysta – mówi 25-letni skrzydłowy tyszan.

– Co prawda po podaniu Sebastiana Stebleckiego pozostało mi tylko, główkując z bliska do pustej bramki, dopełnić formalności, ale strzeliłem swojego drugiego gola dla GKS-u i to pozwala mi złapać więcej pewności siebie. Długo czekałem na grę w wyjściowej jedenastce, bo pierwsze 8 ligowych występów w tyskim zespole zaliczyłem w roli rezerwowego, ale w końcówce rundy trener postawił na mnie i starałem się pokazać z jak najlepszej strony. Schodząc z boiska w 83 minucie, czułem, że dobrze wykonałem swoją robotę, ale do pełni zadowolenia zabrakło zwycięstwa, które z przebiegu gry nam się należało.

Przejął obowiązki

Sporym zaskoczeniem dla kibiców GKS-u Tychy było to, że właśnie Łukasz Moneta pod nieobecność pauzującego Łukasza Grzeszczyka przejął obowiązki wykonawcy stałych fragmentów gry.

– Wiadomo, że kiedy na boisku jest Łukasz Grzeszczyk, to on wykonuje prawie wszystkie stałe fragmenty gry i robi to bardzo dobrze, bo stwarzamy zagrożenie i strzelamy gole – dodaje pomocnik tyszan.

– Nasz lider jest egzekutorem numer jeden. Był też w rundzie jesiennej taki okres, że do niektórych rzutów wolnych i rożnych wyznaczany był jeszcze Wojtek Szumilas, ale w meczu z Radomiakiem obu ich zabrakło, bo kapitan pauzował za żółte kartki, a „Szumi” ledwo co wrócił do treningów po kontuzji. Cieszę się, że trener Ryszard Tarasiewicz postawił na mnie i byłem przygotowany do tego, żeby podchodzić do stojącej piłki. Myślę, że dobrze to wyglądało, a gol na 2:0 po mojej wrzutce spod chorągiewki i główce Łukasza Sołowieja jest tego udokumentowaniem. Przed meczem, na ostatnim treningu, sporo czasu poświęciliśmy na dopracowanie tego elementu i mam satysfakcję. Co będzie dalej, nie wiem, bo po kartkowej pauzie wraca Łukasz, a Wojtek z każdym treningiem jest też coraz bliżej powrotu do swojej formy sprzed kontuzji. Jest więc wśród nas sportowa rywalizacja i wzajemnie się nakręcamy do pracy, bo każdy chce grać w podstawowym składzie i pokazywać wszystkie swoje umiejętności. Nie ma co ukrywać, że na finiszu sezonu sił ubywa i fajnie, że jest w kim wybierać, a decydujące słowo należy do trenera, który ma teraz sprawdzone już większe pole manewru.

Niósł nas doping kibiców

Najważniejsze są jednak punkty, których aktualnie tyszanie mają tyle samo co jastrzębianie, ale zespół Ryszarda Tarasiewicza rozegrał jedno spotkanie więcej. Gdyby po meczu z Radomiakiem dopisał do swojego dorobku zwycięstwo, miałby większą swobodę.

– Na pewno jest bardzo duży niedosyt – przyznaje wychowanek LKS-u Brzezie.

– W takim meczu, w którym prowadzimy 2:0 i bronimy karnego, bo Konrad Jałocha świetnie interweniuje, a do tego mamy jeszcze kilka świetnych okazji bramkowych, remis jest stratą punktów. Jest w nas wielka złość. To kolejny mecz, w którym w końcowych minutach straciliśmy bramki i punkty. To boli. Tym bardziej że Radomiak, który poza strzałami z dystansu niczym nie mógł nas zaskoczyć. W dodatku groźne strzały były niecelne albo za lekkie, żeby zaskoczyć naszego bramkarza. Niestety, po jednym uderzeniu z dystansu piłka pechowo odbiła się od Łukasza Sołowieja i rykoszet okazał się nie do obrony. A druga stracona bramka to cała litania przypadków, które doprowadziły do remisu w meczu, w którym to my dyktowaliśmy warunki gry. Niósł nas doping kibiców, których więcej niż zwykle pojawiło się na trybunach i tym bardziej żal tego, że nie daliśmy im i sobie pełnej satysfakcji.

Poprawić pozycję w tabeli

Mecz z GKS-em 1962 Jastrzębie dla Łukasza Monety ma także osobisty wydźwięk. Wszak zadebiutował w GKS-ie Tychy na boisku w Jastrzębiu, wchodząc w 64 minucie przy stanie 2:1 dla gospodarzy i wynik się nie zmienił. Drugie wejście zaliczył tydzień później i przywitał się z tyskimi kibicami, strzelając Odrze Opole gola, stawiając pieczęć na zwycięstwie 4:1. Do 16. kolejki czekał na miejsce w wyjściowej jedenastce, a drugi występ od pierwszego gwizdka uczcił golem i asystą.

– Dobrze, że kolejny mecz już w sobotę. GKS Jastrzębie to też drużyna z czołówki, ale pozycja naszych rywali w tabeli nie robi na nas wrażenia, co już nie jeden raz w tym sezonie udowodniliśmy. Chcemy wygrać, zrewanżować się za porażkę w Jastrzębiu i poprawić naszą pozycję w tabeli, żeby „przezimować” jak najbliżej czołówki tabeli. Do końca rundy – licząc z pucharowym meczem z ŁKS-em Łódź – zostały nam już tylko trzy mecze, więc musimy rzucić na szalę wszystko, co jeszcze zostało w organizmach – kończy Łukasz Moneta.

Komentarze