Mamrot: Najważniejsze będą głowy

Jakie cele stawialiście sobie w Jagiellonii przed sezonem?

Ireneusz MAMROT: – Od początku mierzyliśmy w europejskie puchary, nikt głośno nie mówił, że trzeba zdobyć mistrzostwo Polski. Po wysokich porażkach – po 0:4 ze Śląskiem i Zagłębiem – zimą doszliśmy do wniosku, że pewne zmiany w klubowej kadrze są niezbędne, aby zespół nadal się rozwijał. To boisko wymogło gruntowną przebudowę zespołu. Dlatego sięgnęliśmy po zawodników w dobrym piłkarskim wieku, Martin Kostal, Zoran Arenić czy Andrej Kadlec to piłkarze, którzy powinni robić postępy. Tyle że – skoro odeszli od nas gracze starsi, i tacy, którzy byli dłużej w Jagiellonii – trudno było od początku tegorocznych rozgrywek ruszyć z kopyta. Zwłaszcza że Jesus Imaz czy wspomniany Kadlec dołączyli do nas z kontuzjami i nie mogli normalnie przygotowywać się z zespołem do rozgrywek. Mimo pewnych perturbacji plany jednak nie zmieniały się, cały czas mierzyliśmy – i nadal mierzymy – w europejskie puchary. Po ostatnich spotkaniach, kiedy wszystko zaczęło już dobrze wyglądać, stawiam wniosek, że latem nie będzie potrzeby wielkich zmian w kadrze. Jedynie kosmetyka. To jednak przyszłość, a na dziś najważniejsze, że jesteśmy w grze o przepustki do Europy zarówno w lidze, jak i Pucharze Polski. Wierzę, szczerze i mocno, że cel uda się zrealizować. Jak jednak będzie – oczywiście dopiero się przekonamy.

Trochę trudno mi uwierzyć w to, nie rozmawialiście w klubie o ataku na tytuł mistrzowski. Jagiellonia ma już przecież w dorobku puchar, a także drugie miejsce w ekstraklasie.

Ireneusz MAMROT: – OK, nie mówię, że nie rozmawialiśmy i nie chcieliśmy wykonać takiego ataku. Tyle że wszystko bardzo skomplikowała sprawa transferu Karola Świderskiego. Po odejściu Romana Bezjaka I Cilliana Sheridana byliśmy przekonani, że Karol zostanie i nadal będzie strzelał bramki. Niestety, miał już tylko rok do końca kontraktu, więc nie było specjalnie wyjścia, w następnym okienku klub nie miałby już tak dobrej pozycji negocjacyjnej. Po zakończeniu sezonu klub nie dostałby przecież już tak dobrych pieniędzy za Świderskiego. Pierwsze tegoroczne mecze pokazały jednak, jak bardzo go brakuje. Pod koniec rundy jesiennej był przecież w bardzo dobrej dyspozycji, strzelał bramki, pomagał ciągnąć cały zespół. Gdyby Karol został w Białymstoku, to nie mam wątpliwości, że celem byłoby wywalczenie mistrzostwa. Zresztą prawda jest taka, że po zimowych wzmocnieniach po cichu nadal myśleliśmy o walce o najwyższy ligowy cel. Tyle że zostaliśmy negatywnie zweryfikowani na starcie, więc trzeba było się skoncentrować na ugraniu tego, co pozostawało w zasięgu.

Rozumiem, że gdyby transfer Świderskiego został sfinalizowany wcześniej, to ktoś z duetu Bezjak-Sheridan pozostałby w Białymstoku?

Ireneusz MAMROT: – Bez wątpienia, jeden z nich na pewno zostałby w Jagiellonii. Zostaliśmy przecież z Patrykiem Klimalą, który jesienią był w zespole napastnikiem numer cztery. Na domiar złego i on, i Stefan Scepović złapali kontuzje, żeby już nie wspominać o Mile Savkoviciu, który w okresie przygotowawczym wyglądał bardzo dobrze. Mógł naprawdę dużo pomóc zespołowi w tej rundzie, ale już na dzień dobry doznał poważnej kontuzji i wyleciał z gry do końca sezonu. Doświadczyliśmy sporej liczby nieszczęść, wszystkie wspomniane urazy miały przecież charakter mechaniczny i okazały się – niestety – długotrwałe.

Odszedł nie tylko Świderski, również Przemysław Frankowski. Czy przez to nie została zaburzona regionalna tożsamość Jagiellonii? Kibic potrzebuje postaci do identyfikowania się, a to chyba trudne, jeśli zespół w większości składa się z obcokrajowców?

Ireneusz MAMROT: – Zgadzam się z tym stwierdzeniem w pełni, ale odkąd pracuję w Jagielonii, tylko raz zgłaszałem zapotrzebowanie na zawodnika zagranicznego. Też jednak występującego w polskiej lidze. W pierwszej kolejności szukamy rodaków, ale bardzo rzadko udaje się przeprowadzić takie transfery. Nawet w niższych ligach pieniądze, których oczekują kluby są duże. Dlatego proporcje, i to nie tylko w Jagiellonii, ale generalnie w ekstraklasie naszych zawodników do obcokrajowców są mocno odwrócone. Zbyt wielu jest stranierich, większość powinna być Polaków, do tego powinniśmy dążyć. Nie zapominajmy jednak, że w praktyce Taras Romanczuk, który ma już polskie obywatelstwo, czy Ivan Runje, którzy są długo w Białymstoku to zawodnicy, z którymi kibice także mocno się identyfikują. A co do Frankowskiego – od mojego przyjścia było to już czwarte okienko transferowe, w którym Przemek bardzo chciał odejść. Młody zawodnik, który rozegrał blisko 200 spotkań w ekstraklasie, więc trzeba zrozumieć, że chciał się rozwijać. A sprawy finansowe też odgrywały istotną rolę. Prawda jest taka, że nie zatrzyma się w Polsce zawodnika, który ma ofertę z zagranicy.

Mam rozumieć, że pańska zimowa lista transferowa obejmowała głównie polskie nazwiska, a byli wiślacy trafili do Białegostoku dlatego, że po prostu nadarzyła się okazja wyciagnięcia ich z Krakowa po promocyjnych cenach?

Ireneusz MAMROT: – Powiem inaczej – na pewno znajdowało się na niej dwóch Polaków. Natomiast jeśli chodzi o transfery z Wisły, to oczywiście byliśmy w tym temacie zgodni z prezesem – skoro nadarzyła się możliwość, należało z niej skorzystać. Zwłaszcza gdy nie udało się sprowadzić wspomnianych rodaków, pierwszeństwo powinni mieć piłkarze już obeznani z realiami naszej ligi. Mieliśmy z Cezarym Kuleszą pełną zgodność co do całej trójki.

To tajemnica, kogo z Polaków chciał pan sprowadzić do Białegostoku?

Ireneusz MAMROT: – Nie chciałbym podawać konkretów, bo już kiedyś jeden piłkarz pogniewał się, gdy prezes Kulesza ujawnił, że o niego chodziło, a nie dogadaliśmy się w sprawie finansów. To byli wyróżniający się zawodnicy, doświadczeni, z dużą liczbą meczów na szczeblu ekstraklasy. Jeden jednak się rozmyślił, a z drugim – nie udało się wypracować porozumienia. Nie chcę nikomu szkodzić, dlatego nazwiska zostawię dla siebie.

Miał pan w pewnym momencie poczucie, że zasiada na najgorętszym trenerskim stołku w ekstraklasie?

Ireneusz MAMROT: – Na pewno tak było. Na szczere pytanie, odpowiem jednak równie szczerze – bardzo spokojnie do tego podchodziłem, wiedziałem, że nie mogę spanikować. Trener, który zacznie kierować się emocjami w takim momencie, będzie podejmował złe decyzje. A skoro łatwo się pogubić nawet w odniesieniu do poszczególnych jednostek treningowych, starałem się pracować normalnie. Jedyne, co kontestowałem, to brak obiektywnej oceny w mediach w kwestii tego, ilu wartościowych zawodników od nas odeszło. I to, że ci którzy przyszli, aby ich zastąpić, mieli kontuzje. Nikt nie patrzył także na kolejne urazy, pojawiły się natomiast zarzuty o złe przygotowanie motoryczne drużyny. Konsekwentnie powtarzałem, że to nieprawda, tylko po prostu potrzebujemy czasu, aby wejść na najwyższe obroty. I co – nagle teraz, kiedy gramy co trzy dni, dajemy radę i nasza forma fizyczna jest bez zarzutu? Zespół nieprzygotowany nie doszedłby do takiej dyspozycji w najtrudniejszym momencie sezonu.

A może po prostu z pełną premedytacją przygotowywał pan szczyt dyspozycji właśnie na drugą połowę kwietnia i mocną końcówkę sezonu?

Ireneusz MAMROT: – Na pewno pracowaliśmy mocniej niż w ubiegłym roku w okresie przygotowawczym i od tego także nie będę uciekał. Pewnie, początkowo nie graliśmy nie wiadomo jak dobrze, i to też trzeba sobie uczciwie powiedzieć, ale na pewno nie było problemu fizycznego. Teraz, zgodnie z planem, wyglądamy lepiej pod względem motorycznym, ale przede wszystkim doszły do tego głowy. Po zwycięstwie z Zagłębiem Sosnowiec w bardzo nerwowym meczu zespół ogólnie zaczął funkcjonować znacznie lepiej. Trybiki zaskoczyły, wszystko się zazębiło, a najlepszym lekarzem okazał się czas. Pewnie, okres poprzedzający wspomniany mecz nie był dla mnie łatwy, prasa dużo pisała o rozmowach z kandydatami na posadę w Jagiellonii. Zapewniam, lektura takich doniesień nie jest przyjemna, ale trzeba umieć radzić sobie z takimi sytuacjami, jeśli wybrało się ten zawód.

Zwłaszcza że wtedy poszła seria zwolnień w lidze…

Ireneusz MAMROT: – …i to przy całym szacunku dla mojej osoby, dymisjonowano trenerów z wyższej półki niż moja, a w każdym razie z większymi nazwiskami – w Legii Warszawa i Lechu Poznań. A zawsze kiedy pojawia się taka fala, człowiek musi się liczyć z tym, że jego też może zmieść. Tak mogło się zdarzyć, zdawałem sobie sprawę, że jeśli nie wygram z Zagłębiem, a potem z Miedzią w Pucharze Polski decyzje mogą być dla mnie niekorzystne. Gdyby zresztą tak się stało, nie miałbym do nikogo pretensji. Wygraliśmy jednak oba spotkania, więc nadal walczę o realizację celu, który został postawiony przed zespołem.

W najtrudniejszym dla pana momencie częściej – i ostrzej – rozmawialiście z prezesem Kuleszą?

Ireneusz MAMROT: – Nie było szczególnie gorącej linii, mamy dobry i częsty kontakt w codziennej pracy. Może tylko rozmowy nieco inaczej wyglądają, w zależności od miejsca w tabeli.

Podoba się panu kształt naszej ekstraklasy?

Ireneusz MAMROT: – A proszę mi pokazać, która z szanujących się lig ma taki regulamin jak u nas? Dla mnie sprawa jest klarowna – w najwyższej lidze powinno rywalizować 18 zespołów. Przy obecnym systemie najważniejsze mecze rozgrywa się co trzy dni i często wypadają z nich najlepsi zawodnicy. Do tego dochodzi trudna logistyka, która przy braku szczęścia w losowaniu także może odbić się na końcowym wyniku. Ten system faworyzuje kluby, które mają najszersze kadry, co rzutuje na sprawiedliwe rozstrzygnięcia w rozgrywkach. Jeszcze pracując w pierwszej lidze prezentowałem taki pogląd. Trzy kolejki mniej w terminarzu pozwoliłyby na dłuższe mikrocykle na finiszu, a dodatkowo – na normalne przerwy w rozgrywkach. Przecież tak naprawdę nie mamy ani jednej takiej, w której piłkarze mogą się w pełni zregenerować pod względem mentalnym. Latem jest przecież tak naprawdę raptem 2,5 tygodnia i trzeba zaczynać treningi przygotowując się do startu w eliminacjach pucharów. Piłkarze nie wracają więc w pełni wypoczęci do pracy, co też nie ułatwia skutecznej walki w Europie.

To chyba dla was trenerów najtrudniejsza kwestia – połączenie przygotowań na całą rundę ze startem w kwalifikacjach, które najczęściej skutkuje pocałunkiem śmierci?

Ireneusz MAMROT: – Niestety, zawodnicy nie wracają z tak krótkich urlopów w stu procentach zregenerowani pod względem mentalnym i fizycznym. Musimy zatem koncentrować się właściwie na podtrzymywaniu formy, a nie na jej budowaniu od podstaw i jeszcze pogodzić to ze startami na arenie międzynarodowej. To nie jest łatwe. OK., mamy taki klimat jaki mamy, i latem pewnie nie uda się wygospodarować dłuższej przerwy przy obecnym terminarzu międzynarodowym, ale w takiej sytuacji dajmy piłkarzom odpocząć chociaż zimą. Mając 34 kolejki moglibyśmy rozpocząć przygotowania na początku roku kalendarzowego 2 tygodnie później a to naprawdę byłoby wystarczające na to, aby złapali oddech i świeżość. Prawda jest taka, że nie pamiętam wypowiedzi trenera, który byłby zadowolony z obecnego formatu rozgrywek w Polsce.

To jednak wy, szkoleniowcy, najmocniej dostajecie po karkach za nieudane pucharowe kwalifikacje i spadek naszej ligi w europejskim rankingu już na naprawdę odległe miejsce.

Ireneusz MAMROT: – Niestety, tak to właśnie jest. A problem jest bardzo złożony. Przecież pucharowicze nie mogą u nas sprowadzać piłkarzy z innych ligowych klubów, rynek wewnętrzny praktycznie nie istnieje. Prawie nie dochodzi do transakcji wewnątrzkrajowych, wyjątkiem była miniona zima i nasze zakupy w Krakowie. A nawet w Czechach, a tamtejsze kluby zachodzą w pucharach znacznie dalej od nas, Slavia i Sparta nie mają problemów, żeby wzmacniać się pozyskując zawodników od lokalnych konkurentów. Dopóki tego nie zmienimy, to trudno będzie odwrócić narodowościowe proporcję w zespołach. I podnieść poziom ligowej czołówki.

A jak pan podchodzi do przepisu o młodzieżowcu?

Ireneusz MAMROT: – Ma plusy i minusy, ale po podwyższeniu limitu do rocznika 1998 piłkarze, których trzeba będzie wystawiać w ekstraklasie nie będą już tacy młodzi. Zakładam jednak, że jakaś grupa zawodników skorzysta na tej zmianie regulaminu. Dopiero życie pokaże jednak, czy to dobra innowacja.

Postawa finałowego rywala w Pucharze Polski – Lechii – w obecnym sezonie jest dla pana zaskoczeniem?

Ireneusz MAMROT: – Nie zakładałem co prawda, że przez tak znaczącą część sezonu gdańszczanie będą liderem tabeli, ale z góry oceniałem, że będzie to drużyna, która powalczy o europejskie puchary. Po pierwsze z uwagi na osobę trenera Piotra Stokowca, który potrafi przygotować zespół pod względem motorycznym i taktycznym, ale też i na wartość kadry. Nie brakuje przecież w Lechii jakościowych zawodników, a po przepracowaniu dwóch okresów pod kierunkiem obecnego szkoleniowca w obu wspomnianych przeze mnie aspektach wszyscy poszli znacznie do przodu.

W meczu z Pogonią lechiści także pana nie zaskoczyli? We wcześniejszych spotkaniach szybko – często nawet w pierwszych 10 minutach – zdobywali gola, a potem umiejętnie się bronili. Natomiast w Szczecinie pokazali, że są bokserem odpornym na ciosy, który sam jest zdolny do wyprowadzania nokautu nawet pod koniec spotkania.

Ireneusz MAMROT: – Myślę, że gdańszczanie chcieli zagrać inaczej, i wyszło im to na plus. Pokazali, że są w stanie zaproponować nie tylko konsekwencję w obronie, i na pewno trochę zaskoczyli takim sposobem gry. To jednak z naszej perspektywy nie ma większego znaczenia. Podobnie jak i fakt, że w miniony weekend rozgrywali w Gdańsku inny gatunkowo mecz niż my w Lubinie. Liczy się tylko fakt, że my mamy sześć dni na regenerację przed finałem Pucharu Polski, a Lechia – pięć. A to wystarczający okres, żeby zawodnicy obu zespołów dobrze czuli się pod względem fizycznym przed pierwszym gwizdkiem na Stadionie Narodowym 2 maja.

Lechia ma pewną przewagę nad wami? Mianowicie tę, że ma znacznie więcej polskich piłkarzy w kadrze, którzy po zakończeniu sezonu będą musieli wyjść na ulice i spojrzeć kibicom w oczy?

Ireneusz MAMROT: – Spojrzenie w oczy kibicom to tylko jeden z aspektów. Umówmy się bowiem, że obcokrajowcy, którzy nie znają naszego języka nie czytają krytyki w gazetach i internecie. A jeśli jest ona umiarkowana i merytoryczna, potrafi pozytywnie wpłynąć na zespół. Bo motywuje do pracy i konsoliduje drużynę. Presja wywierana przez fanów, oczywiście w granicach rozsądku, także może mieć korzystny wpływ na piłkarzy. Mało tego, Polacy mają do odegrania bardzo pozytywną rolę w szatni. Tyle że w finale Pucharu Polski nie powinno mieć to większego znaczenia. To jeden mecz, przed którym nie szukałbym faworyta. Nawet gdybyśmy grali z innym zespołem, konkretnie z Rakowem Częstochowa, który rywalizował w półfinale z Lechią, to także nie wskazałbym uprzywilejowanej pozycji Jagiellonii. Najważniejsza przy takich okazjach jest sfera mentalna.

A jakie znaczenie ma doświadczenie i szeroka, wyrównana kadra?

Ireneusz MAMROT: – Doświadczenie w rywalizacji o najwyższe stawki – takie jak ma na przykład Legia – daje bezcenną pewność siebie zawodnikom, którzy dwu-, czy trzykrotnie sięgali po tytuł. Inaczej reagują w kluczowych momentach, lepiej radzą sobie z presją.

Zostawmy Legię, wróćmy do pucharowego finału. Kluczowy dla losów rywalizacji będzie pierwszy kwadrans?

Ireneusz MAMROT: – Trudno to jednoznacznie przesądzić. Z jednej strony wiadomo, że Lechia dużo bramek zdobywa w początkowych fragmentach, ale równie dobrze spotkanie rozstrzygające o trofeum może skończyć się dogrywką. A nawet rzutami karnymi. Musimy być przygotowani na każdy scenariusz, choć zgodzę się, że musimy wyjść na Stadion Narodowy maksymalnie skoncentrowani, aby nie dać się zaskoczyć już w początkowych fragmentach spotkania.

Zarządzi pan szczególnie intensywną rozgrzewkę?

Ireneusz MAMROT: – Najważniejsza będzie głowa. Nie można popełnić błędu polegającego na tym, że motywacja będzie za duża. Jedni i drudzy wyjdą na spotkanie w pełni skoncentrowani, waga meczu determinuje takie nastawienie, a wiadomo, że zbyt duża motywacja nie pomaga. A nawet może paraliżować ruchy zawodnikom. Dlatego podstawowe przykazanie brzmi: nie przemotywować drużyny.

Zawodnicy Jagiellonii często ćwiczyli wykonywanie rzutów karnych w ostatnim okresie?

Ireneusz MAMROT: – Z rzutami karnymi to jest tak, że wielokrotnie widziałem piłkarzy strzelających na treningu dziesięć na dziesięć, a potem w meczu się mylili. Klucz do skuteczności w serii jedenastek tkwi w pewności siebie i ogólnie sile mentalnej, a nie dodatkowych ćwiczeniach. Choć oczywiście nie powiedziałem, że w ogóle nie poświęcaliśmy temu elementowi czasu w ostatnim okresie.

Arvydas Novikovas był kluczowym piłkarzem Jagiellonii w poprzednim sezonie. Na finiszu obecnego może być podobnie?

Ireneusz MAMROT: – Statystyki nie wskazują, żeby obniżył loty, jest najlepszym strzelcem zespołu i ma dużo asyst. Nie wspomniałem o tym, ale wówczas, gdy najmocniej pracowaliśmy na początku roku kalendarzowego, nie mógł brać udziału w zajęciach, bo miał kontuzję. Upadł w czasie treningu na kość ogonową, co wiązało się dużą bolesnością. A potem wyjeżdżał na zgrupowania reprezentacji, więc także nie było sposobności, aby w spokoju popracować. Ostatnio – nie może wchodzić w zwarcia z kontuzjowanym obojczykiem, dlatego miał dużo zajęć indywidualnych, nie tylko nad motoryką. Jeśli zdąży wrócić na trzy, cztery ostatnie mecze sezonu, to nie mam wątpliwości, że będzie nam w stanie pomóc. I do nawet bardzo.

Pogodził się pan z tym, że w kolejnych rozgrywkach nie będzie miał pan już Litwina do dyspozycji?

Ireneusz MAMROT: – Skoro w grudniu kończy mu się kontrakt, to zakładam, że tak może być. Na dziś nie ma jednak oferty dla niego.

Z jakich rozstrzygnięć – abstrahując od przedsezonowych założeń i planów – byłby pan zadowolony na koniec rozgrywek?

Ireneusz MAMROT: – W tym momencie Puchar Polski jest najważniejszy. Chodzi oczywiście o zakwalifikowanie się do Europy, ale gdybym miał do wyboru, czy trafimy do międzynarodowych rozgrywek przez wygranie finału w najbliższy czwartek, czy poprzez czwarte miejsce w ekstraklasie, to wybrałbym – podobnie jak wszyscy w klubie – Puchar Polski. Bo wywalczone trofeum na trwałe zapisuje się w historii. Jest to zatem zarazem marzenie, ale i cel wszystkich w Białymstoku.

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

Komentarze