ME w piłce ręcznej. Polacy czają się do skoku

 

Selekcjoner powtarza, że dla jego drużyny każdy mecz na Euro jest jak finał. I każdy z trzech – kolejne w niedzielę ze Szwajcarią i we wtorek ze Szwecją – będzie chciała wygrać.

Gdyby tak się stało, Polska zostałaby sensacyjnym zwycięzcą grupy F, awansowałaby do czołowej dwunastki mistrzostw i miała nawet szanse wywalczyć miejsce w turnieju przedolimpijskim!

Pomarzyć zawsze można. Ale słowa Patryka Rombla to trochę życzeniowe zaklinanie rzeczywistości, bo nie powie przecież, że Polacy nie mają w tych konfrontacjach szans, choć jak spojrzeć na skład ich pierwszego rywala i kluby, w jakich grają Słoweńcy – czołowe niemieckie, hiszpańskie, węgierskie, francuskie czy polskie (PGE Vive i Orlen Wisła) – to tylko taki wniosek byłby racjonalny. Ale to sport, a więc…

– O pozostałych przeciwnikach nie myślimy, najważniejsza jest Słowenia. To zespół złożony z zawodników grających w Lidze Mistrzów bądź najlepszych drużyn europejskich. Możliwości tej reprezentacji są nieograniczone. Poprzeczka została wysoko zawieszona, ale my chcemy doskakiwać do tych wysokości – deklaruje polski szkoleniowiec.

Mamy szansę?

Jeżeli nasi nie chcą wracać do domu po trzech potyczkach, lecz zająć jedno z dwóch pierwszych miejsc w grupie G, powinni dziś pokusić się o niespodziankę. Czy jednak drużyna która przed mistrzostwami przegrała niemal wszystkie sparingi z europejskimi średniakami może się postawić jednemu z faworytów grupy, typowanego do miana „czarnego konia” Euro?

– Każdy ze Słoweńców gra w dobrym lub bardzo dobrym klubie. To trudny rywal, ale do pokonania. Jeżeli zagramy na miarę naszych możliwości, mamy szansę na dobry wynik. Będziemy walczyć przez pełne 60 minut. Myślę, że to spotkanie nie skończy się dużą różnicą bramek – uważa obrotowy Maciej Gębala, który z powodu bólu w kolanie może przegrać rywalizację o miejsce w meczowej „szesnastce”.

Nagła zmiana na ławce

Zagadka, czy Polska o stawkę będzie lepsza od tej „towarzyskiej” nie jest zapewne mniejsza od ciekawości, na ile pozwolą nam rywale. O ile Rombel pracuje z kadrą od wiosny, o tyle jego vis a vis, Ljubomir Vranjes, ekipę Słowenii objął „za pięć dwunasta” – bo w połowie grudnia, po nagłym zwolnieniu Veselina Vujovicia.

Czarnogórzec, który doprowadził Słoweńców do brązowego medalu mistrzostw świata w 2017 roku, pokłócił się jednak z zawodnikami, którym publicznie ubliżał podczas meczów!

Czy Słoweńcy zdążą szybko przyswoić filozofię utytułowanego Szweda, trzykrotnego mistrza Europy jako zawodnik (1998, 2000, 2002)? Teoretycznie dla doświadczonych graczy – a takich głównie ma w składzie Vranjes – nie powinno stanowić to kłopotu…

– Mamy teraz świetną atmosferę z Ljubomirem, wszyscy przyjęli go bardzo dobrze. Jestem przekonany, że w tym roku możemy marzyć trochę bardziej – mówi 35-letni kapitan Słowenii Vid Kavticznik, dla którego będzie to już siódme Euro!

Rywal jak w domu

Pewne jest, że urodzony w Goeteborgu Vranjes będzie się dziś czuł w hali Scandinavium jak u siebie – dyskomfort może poczuć dopiero w niedzielę, gdy Słoweńcy zagrają przeciwko gospodarzom. Na czwartkowej konferencji prasowej czarował dziennikarzy w języku szwedzkim, niemieckim i serbskim (skąd pochodzą przodkowie).

Pomaga mu w sztabie dobrze znany z Kielc asystent Tałanta Dujszebajewa Urosz Zorman, a jedną z gwiazd na boisku powinien być najlepszy chyba prawoskrzydłowy naszej superligi Blaż Janc, choć w końcówce roku leczył uraz. Spośród graczy polskich klubów do Szwecji poleciał też obrotowy Orlen Wisły Igor Żabić, a w ostatniej selekcji odpadł inny „płocczanin”, Żiga Mlakar.

Gębala zwrócił uwagę na „mózg” Słoweńców, Mihę Zarabeca. – To bardzo szybki, niewygodny zawodnik, potrafiący zaskoczyć rzutem z biodra. Dużo gra z obrotowym. Nie bez powodu dostał się do THW Kiel. Jego słabym punktem jest gra w obronie – podsumował Gębala.

Wspólny język

W naszej drużynie zaś większość graczy zadebiutuje na dużym turnieju – trudno nazwać to atutem. Może jednak Bondziorowi, Sićce, Olejniczakowi czy Jarosiewiczowi pomoże świadomość, że nie są w tej grze faworytem…
– W polskiej drużynie nie ma gwiazd, ale to nie znaczy, że nie może zrodzić się silny zespół – uważa ceniony szkoleniowiec z Katowic Janusz Szymczyk.

– U nas naprawdę nie brakuje talentów, nasi mają dobre warunki fizyczne. W grze reprezentacji zauważam postęp, widzę, że trener znajduje wspólny język z zawodnikami, w czym zapewne duża rola asystenta, cenionego Sławka Szmala. Wynikami sparingów specjalnie bym się nie przejmował, czekam jak drużyna wypadnie w meczach o stawkę. Trzeba być cierpliwym, to jest zupełnie nowa ekipa, a nie wypiek chleba – dodaje były zawodnik, a potem szkoleniowiec m.in. Pogoni Zabrze i żeńskiej Zgody Ruda Śląska.

Komentarze