Zobacz
Do góry

Mucha nie siada. Wygrana Ponitki to zasługa Gortata

Czy jako społeczeństwo posiadamy psychikę, która pozwala nam się cieszyć?

Z naszymi historycznymi i osobistymi żalami, bolączkami, traumami, zdradami i tym całym Westerplatte? Może przynajmniej w sporcie potrafimy docenić własny sukces, chwalić się, nawet puszyć, a nie tylko płakać i marudzić – ale bez popadania w skrajności? Czy musi być tylko czarne albo białe? Czy jesteśmy skazani na marginesy – albo oszalałego prezesa wykrzykującego w szatni wśród skonsternowanych sportowców „ch…(piii!) im w d…(piii!)!”, albo gwiazdora z NBA uważającego, że „Chiny nam ten mecz oddały”, a pomiędzy zionie czarna dziura? Albo przesada, albo umniejszenie? Ot, pytanie otwarte…

Każdy sukces ma swoją miarę. Owszem, reprezentacja koszykarzy, która gra w mistrzostwach świata po raz pierwszy od pół wieku, ma psychologicznie łatwiej, bo, umówmy się, niewiele od niej oczekujemy. Najpierw sam awans – hurra! Potem pierwsza wygrana – znakomicie! I kolejna, z miliardem Chińczyków – wow! I wreszcie komplet w grupie – rewelacja! Wszystko, co ponad zero jest osiągnięciem. Jesteśmy w szesnastce – już jest sukces, a może będziemy w ósemce…

Liczona w dekadach nieobecność w świadomości przeciętnego – podkreślam, niekoszykarskiego – kibica zrobiła swoje. Polska koszykówka w dwudziestym pierwszym wieku to było przecież jedno jedyne nazwisko: Gortat. Nic dziwnego, że przegrywaliśmy w grze jeden na pięciu, aż nasz wspaniały, nieco sfrustrowany gwiazdor postanowił skoncentrować się tylko na liczeniu swoich milionów za oceanem, a dla orzełka misję zakończył. Dziękujemy mistrzu!

Cóż to była bowiem za dalekowzroczna, wspaniała decyzja! Gortat nie jest głupi – w swojej przenikliwości postanowił bowiem usunąć się w cień, bo wiedział, że dopiero gdy wszyscy będą równi sobie, będą wypruwać flaki jeden za drugiego; gdyby został, splendor i tak spadłby zawsze na niego. A że reszta nie chciała, by tak było, więc nie było splendorów. Kwadratura koła, z której jedna rezygnacja nader mądrego człowieka wyzwoliła nasz koszykarski potencjał… Panie Mateuszu Ponitko! Marcin Gortat może nie potrafi się cieszyć i siedzieć cicho, ale potrafi „nie być”, to już dużo! To dzięki temu może błyszczeć pan!

Trzecia wygrana Polski na mistrzostwach świata!

Zostawmy gortatową ironię po zwycięstwie z Chinami; reasumując – to dzięki jego łaskawemu ustępstwu uczymy się nazwisk „Ponitka”, „Waczyński”, „Kulig”, „Cel”, „Sloter”, „Tajlor”; ze zdziwieniem obserwujemy, że faktycznie co nieco potrafią, a nawet jak nie trafią spod kosza, żachniemy się i kibicujemy dalej. Podziwiamy trenera made in USA, który przecież niecałe dwa lata temu był wielkim przegranym i już prawie się żegnał, a dziś widzimy jaki team spirit zbudował, jak w iście amerykańsko-hollyłódzkim stylu potrafi drużynę pchnąć do boju. Patrzymy na to wszystko, co się dzieje, jak na jakieś nowe nieznane zjawisko na nieboskłonie – ze zdumieniem, ale i z dumą, że wyprawia się nad naszym dachem.

Drużyna koszykarzy przypomina mi reprezentację piłkarzy ręcznych Bogdana Wenty z 2007 roku, która też jechała na mistrzostwa świata do Niemiec jako kompletnie anonimowa z dwójką dziennikarzy żegnających ją na lotnisku, by po dwóch tygodniach wrócić w glorii z kilkumilionową widownią w telewizorach. Tak jak wygrany przed 12 laty grupowy mecz z gospodarzami, Niemcami, zrodził wielkość Szmala, Tkaczyka, Lijewskiego czy Jurasika, tak heroiczna wygrana w Chinach z gospodarzami mundialu może będzie mitem założycielskim legendy koszykarskiej.

Tym bardziej że była to wygrana wbrew wszystkiemu, wręcz absurdalna, bo przy jej okazji mogliśmy jeszcze raz przekonać się, że sport z jego wielkimi pieniędzmi – i to smutne – jest jedną z niewielu dziedzin uparcie opierających się technologii naszej cywilizacji, która potrafi prześwietlić każdy szczegół i zweryfikować go na „tak” lub „nie”. Co tam VAR-y, dziesiątki kamer i inne tego typu cymesy – patrząc na „popisy” sędziów w meczu z Chinami, ignorujących rzeczywistość, wśród złorzeczeń można było tylko drapać się po głowie, że sport ma swoją moralność, którą wyznacza gospodarz zawodów. Choć na końcu i tak zwycięża prawda.

 

ZACHĘCAMY DO NABYWANIA ELEKTRONICZNYCH WYDAŃ CYFROWYCH

e-wydania „SPORTU” znajdziesz TUTAJ

 

Murapol, najlepsze miejsca na świecie I Kampania z Ambasadorem Andrzejem Bargielem

 

Komentarze

Więcej w felietony