Zobacz
Do góry

Mój centrostrzał. 2020 – rok jednak nieolimpijski

Nic nie może przecież wiecznie trwać, co zesłał los trzeba będzie stracić – śpiewała niegdyś Anna Jantar.

 

Proroczo – przede wszystkim dla siebie, gdyż młodo zginęła w katastrofie samolotowej, wraz z m.in. dobrze zapowiadającymi się bokserami amerykańskimi. Proroczo także dla innych – praktycznie dla wszystkich, bo każdy z nas przynajmniej raz w życiu doznał okropnego uczucia bezsilności wobec nieodwracalnej straty kogoś, czegoś, a może zjawiska słowami nieokreślonego…

Andrzej Mogielnicki pisząc ten tekst dla Anny Jantar też pewnie coś przeżywał, bo najlepsze dzieła powstają, gdy się je pisze, maluje, komponuje, tworzy sercem, które to serce – wbrew twierdzeniom ludzi zwanych twardo stąpającymi po ziemi – obejmuje dużo więcej niż rozum!

A właśnie trudno dziś rozumem objąć to, co ze światem wyczynia koronawirus! Kiedy ktoś pyta – jak to długo potrwa? – wykazuje się optymizmem i wiarą, że jednoczące się w kryzysie ludy Ziemi sobie z tym poradzą. Gorzej jak ktoś pyta – dlaczego ja?, dlaczego akurat teraz? – bo na to odpowiedzi nie ma, a najbardziej przeraża to, czego nie da się racjonalnie wytłumaczyć, a takich rzeczy w czasach dobrobytowego zaniku instynktu samozachowawczego jest i będzie coraz więcej…

Dlaczego ja, dlaczego tu i teraz? – mogą pytać sportowcy, których marzeniem, ale też zadaniem na miarę ich wielkich możliwości, był start w igrzyskach olimpijskich w Tokio. Cztery lata ciężkiej pracy, wyrzeczeń i niepowszednich okołolimpijskich dokonań miałoby pójść na marne?! – identycznie pytają japońscy organizatorzy, a także cały Międzynarodowy Komitet Olimpijski; wszyscy przecież zupełnie niewinni temu, co teraz dzieje. I wielu przy pierwotnym terminie tokijskiej olimpiady upierało się.

Organizatorów łatwo można zrozumieć, wszak o te igrzyska najpierw walczyli, a potem włożyli w nie masę forsy. MKOl też miał się czego obawiać; prestiżowo, ale też finansowo, bo choć twórca nowożytnych igrzysk, baron Pierre de Coubertin, jeszcze wierzył, iż nie wynik lecz udział jest najważniejszy, to przecież wiemy, że ta idea, choć długa się opierała, jednak z wszechwładnym pieniądzem przegrała.

I jeśli łatwo sobie można wytłumaczyć, że tak w Japonii, jak i w MKOl-u na biednego nie trafiło, to najbardziej w tym wirze żal sportowców. Wyczynu fizycznego na najwyższym poziomie, a tylko taki ma prawo zaistnieć na olimpiadzie, nie da się dziś łatwo pogodzić z chęcią i potrzebą zdobycia wykształcenia, a potem satysfakcjonującej pracy.

Sportowcy muszą więc wybierać. Na co stawiają – łatwo odpowiedzieć. Proszę sobie przypomnieć jak nasi rodacy będący na początku lat 80. XX wieku w olimpijskiej formie przeklinają fakt politycznego bojkotu przez tzw. blok socjalistyczny, pod światłym przywództwem Związku Radzieckiego, igrzysk w Los Angeles.

Może wielu biało-czerwonych wróciłoby wtedy z USA z poczuciem niedosytu, ale u równie wielu wiara, że po sukcesie ich życie potoczyłoby się zupełnie inaczej, jest wciąż żywa i nie zagubili dotąd poczucia bezsilności i niepowetowanej straty.

Sportowcom trudno się więc dziwić, że chcieli startować, ale przecież mają na to wszelkie szanse, bo choć już wiemy, że pierwotny termin nie zostanie dotrzymany, to jednak Tokio 2020 nie zostało odwołane. Będzie to teraz Tokio 2021 i nie wszyscy chętni dotrwają, ale czy nie lepiej dla ich samopoczucia będzie samoświadomość, że nie zdobyli medalu, bo igrzyska przeniesiono, a nie dlatego że nie byli wystarczająco dobrzy?!

Nic nie może wiecznie trwać – dobra forma fizyczna też nie, ale przecież rywalizacja sportowa to nie jest sprawa życia i śmierci, a pandemia niestety tak. Nie zapominajmy o tym…

Komentarze